Ania
Jaroszowa (Sokołowska) napisała
Sąsiedzi.
Opowiem Wam historię, która
dosyć mocno zapisała się w mojej pamięci mimo, że kiedy rzecz się działa lat
miałam niewiele.
Mój Tata był zapalonym
automobilistą. Na co dzień jeździł ciężarówką, ale i prywatnie miał albo
cztery albo dwa kółka. Na początku lat sześćdziesiątych był to przedwojenny
Fiat. Dokładniejszej numeracji i typu auta nie pomnę. Jedynie co mi utkwiło
w pamięci to to, że kierunkowskazy z przodu samochodu wyskakiwały z
karoserii i świeciły. Wyglądały jak miniaturowe „łapki” oczywiście bez
palców. Samochodzik był kapryśny i przed każdym wyjazdem Tata co najmniej
dwie godziny leżał pod nim sprawdzając i naprawiając ciągle psujące się
elementy. Sama jazda oczywiście też była przygodą bo nigdy nie było wiadomo
czy bez problemów dotrzemy do celu. Na szczęście Tata dawał sobie radę z
kapryśnym autkiem. Parkował ten samochodzik pod latarnią na ulicy Żabiej.
Ponieważ mieszkaliśmy na parterze mieliśmy stały podgląd na poczynania Taty
i parkujące auto. Wiadomo było kiedy się zbierać do drogi.
Pewnej nocy obudziło nas
łomotanie do drzwi. Tata zerwał się, otworzył drzwi na łańcuch i
zobaczyliśmy sąsiada z drugiego pietra z innej zupełnie klatki niż nasza,
ubranego w białą nocną koszulę z siekierą w ręku. Osłupieliśmy, a sąsiad
głosem niby dzwon rzekł „sąsiedzie auto panu kradną, zbieraj się pan to
dogonimy drani”. Tata też chwycił nie pomnę co ale najprawdopodobniej
siekierę i w samych gatkach wypadł z domu za sąsiadem. My rzuciliśmy się do
okna wychodzącego na ulicę. Złodzieje zdążyli odtoczyć samochód z jakieś 150
metrów w kierunku Królewskiej. Jak zobaczyli wypadających z bramy facetów w
strojach niedbałych z siekierami w ręku, porzucili samochód i uciekli do
Ogrodu Saskiego. W międzyczasie do Taty i Sąsiada dołączyło chyba jeszcze
dwóch Sąsiadów (wszyscy w strojach nocnych). Wspólnymi siłami przytoczyli
autko pod latarnię. Dalszej części historii nie pamiętam bo Mama zagoniła
nas spać. Muszę powiedzieć jeszcze, że mój tata miał ponad 190 cm wzrostu,
a Sąsiad też do ułomków nie należał. Wcale się nie dziwię złodziejom, że
zrezygnowali z konfrontacji i uciekli. Siekierki były chyba na wyposażeniu
każdego mieszkania. W końcu czymś trzeba było rąbać drewno na podpałkę w
węglowych kuchniach.
Latarnia pod którą
parkowało nasze autko to odrębna historia. W czasach o których opowiadam
codziennie o zmroku przyjeżdżał na rowerze Pan, który ją włączał a rankiem
wyłączał. To też była atrakcja i powód do narzekań jeżeli Pan się spóźniał.
W okresie późniejszym nasza latarnia już była uruchomiana automatycznie.
Ania
Jaroszowa (Sokołowska) napisała
Kamienica
Wydawało mi się, że nasza kamienica na Żabiej 5 była stara, a tu niespodzianka. Wcale nie była taka wiekowa. Na znalezionych w sieci zdjęciach lotniczych Warszawy do 1939 roku w miejscu gdzie stał mój dom jest wolny plac. Wojtek wyszukał mi zdjęcia lotnicze Warszawy z 1944 roku i na nich moja kamienica jest. Obrys budynku jest dokładnie taki sam jak to zapamiętałam i jak widać na zdjęciu.
Kamienica była wysoka, pięciopiętrowa. Miała dwie boczne oficyny. Widoczna na zdjęciu na części frontowej od strony podwórka mała przybudówka to za moich czasów mieszkanie dozorczyni.
Wejście do kamienicy (brama główna) znajdowało poniżej tej przybudówki na ścianie frontowej.
Powyżej przybudówki również na ścianie frontowej była tzw. „ślepa brama”.
Obok dolnej części przybudówki było wejście na klatkę w której mieszkałam. W założeniu były to chyba kuchenne schody bo w przeciwieństwie do innych klatek i to zarówno w części frontowej jak i w oficynach, schody były na niej spiralnie skręcone. Z jednej strony była ściana, z drugiej wysoka siatka, która zabezpieczała wchodzących przed spadnięciem. Za oficyną w dole zdjęcia znajdował się szalet dostępny dla wszystkich lokatorów.
Na zdjęciu jest to duże podwórko ale po wojnie dolną i górną oficynę łączył mur (chyba tak na wysokości białej kreski między oficynami). Stały przy tym murze jakieś pobudowane przez lokatorów komórki oraz śmietnik.
Na środku podwórka był (chyba w założeniach) klomb – miejsce obudowane w kształcie prostokąta, z nawiezioną ziemią. Za moich czasów kwiatów tam nie było tylko stał trzepak – ulubione miejsce zabaw dzieciaków, z którego goniła nas dozorczyni, a było to tuż pod jej oknami.
Wyglądu wyższych pięter nie pamiętam, ale stojąc na Żabiej i patrząc na budynek to na parterze wyglądało to tak: dwa okna, brama i kolejne siedem okien.
Wiem, że w różnych częściach budynku były od frontu balkony, ale jak były umiejscowione? Wydaje mi się, że były balkony wzdłuż całego drugiego piętra i w części trzeciego, ale pewna nie jestem.
Widoczne na zdjęciu cienie z prawej strony zdjęcia rzucają drzewa z dawnego Ogrodu Saskiego Drzewa rosną do dziś, ale stoją pod nimi jakieś białe - dla mnie - brzydkie rzeźby, a teren jest pełen schodków i parkujących samochodów.
Przez środek ulicy biegły tory tramwajowe, które kończyły się na wysokości Hotelu Saskiego.
Latarnia stała na wysokości mniej więcej końcówki budynku od strony Hotelu.
Między naszym budynkiem a Hotelem Saskim były ruiny, w których na parterze przez pewien czas mieszkały ze cztery rodziny.
Po drugiej stronie kamienicy, w kierunku Granicznej były gruzy – wyrównane tak, że nie straszyły kikuty domów. Wśród tych splantowanych gruzów – mniej więcej w połowie drogi między nami a ogrodzonym domem wojskowych na Granicznej 2 była górka. Miejsce oblegane zimą przez dzieciaki z Żabiej. Super się tam zjeżdżało na sankach. Obok górki stał blaszany męski pisuar, który obchodziliśmy z daleka.
Mieszkańcy Żabiej pomóżcie uszczegółowić ten opis naszej kamienicy, a zwłaszcza wygląd poszczególnych klatek i frontu budynku.
Od redakcji :
Oczekuje na materiały pod adresem:
my_z_mirowa@interia.pl
|
Materiały osób
chętnych do
napisania będą weryfikowane przed
opublikowaniem przez znanych redakcji
mieszkańców tej ulicy.
|