TO SAMO MIEJSCE „ ROZBIERANKA” - Jerzy Kasprzycki
Tak rzewnie i pięknie, że dziś omal nie zapłaczę, opisywałem w 1968 roku rysunek Mariana Stępnia, przedstawiający owe dziesięć kamieni nagrobków i ostatnią kamienicę na ulicy Żabiej. Jaka to była kiedyś ulica! Dość powiedzieć, że projektowali dla niej domy Antoni Corazzi, Piotr Aigner, Henryk Marcom, Józef Orłowski, Alfons Kropiwnicki. Elita architektów warszawskiego empire-u.
Były wtedy jeszcze na pobrzeżach chodników gdy pisałem „Warszawskie Pożegnanie" charakterystyczne latarnie z lat trzydziestych, wzruszająco, ale prawdziwie secesyjne nie tak, jak nieudolne współczesne naśladownictwa. Tylny plan wysadza? się do przodu rusztowaniami ogromniastych bloków Osi Saskiej, które mogłoby zaprojektować każde dziecko, ustawiając tam i sam źle obrobione, drewniane klocki.
Doszło do tego, że zniknął niemal niepostrzeżenie plac Żelaznej Bramy. Nie chcę wdawać się w spóźnione polemiki. Kto zna i kocha Warszawę, ten wie, że plac Żelaznej Bramy był na planie naszego miasta tym samym, co dzielnica Marais dla Paryża, Marolles dla Brukseli. Soho dla Londynu. Doprawdy jednak, trudno zrozumieć, jak to się stało, że nie ma już właściwie w Warszawie placu Żelaznej Bramy.
Ostatnia kamienica przy ul. Żabiej jest też ostatecznie i nieodwołalnie rozbierana. I jakie to jest dziś w Warszawie niezwykłe wydarzenie: rozbierać dom!
Nie tak dawno ,Jerzy Urban napisał o mnie w „Polityce", że spośród różnych rozbieranek lubię najbardziej rozbieranie starych ruder. Zrobił mi tym wielką przyjemność, bo miło jest umieć jeszcze coś lubić, a nie tylko nienawidzić. Tak, to prawda: przyznam się, że w ostatnim dziesięcioleciu asystowałem prawie przy wszystkich takich „rozbierankach" w Warszawie i oczywiście natychmiast pobiegłem na Żabią, gdy tylko spadły tam pierwsze cegły.
Kiedyś, bezpośrednio po wojnie, biegało się oglądać jak osobliwość budowę każdego domu. Burzenia i rozbierania mieliśmy aż nadto. Proszę sobie przypomnieć ogromny młyn do mielenia gruzów, ustawiony przy Marszałkowskiej, gdzieś mniej więcej na wysokości dawnej Siennej. Dla mnie był to najbardziej przejmujący symbol zniszczenia miasta: stara Warszawa nadawała się już tylko na przemiał.
Na Żabiej zobaczyłem znów tych osobliwych specjalistów których klan wymarł zdawało się przed wielu laty, wraz z pirotechnikami od wysadzania w powietrze chwiejnych ścian i furmanami od wywożenia gruzu. Są więc tu „kilofiarze",  „ceramicy", „instalatorzy". „Kilofiarze" to arystokracja. Podobno potomkowie jakiegoś  plemienia Indian północnoamerykańskich poszukiwani są szczególnie do prac na dużych wysokościach, ponieważ nie znają uczucia zawrotu głowy. Gdzie im tam do warszawskich „kilofiarzy", którzy potrafią na murze piątego piętra jedną ręką wyjmować ze ściany cegłę po cegle "jak pestki ze słonecznika, drugą , w tym samym czasie zapalać papierosa, trzecią... Przepraszam, załgałem się! Faktem jest; że żaden dobry „kilofiarz" nigdy jeszcze nie spadł, a ci, co spadli, byli złymi fachowcami. „Ceramicy" najmują Się oczyszczaniem i segregowaniem cegły, nadającej się jeszcze do użytku, „instalatorzy" wyszukują w gruzach złom instalacyjny. W innych krajach rozwala się cały majdan ciężkimi kulami na łańcuchach, zaś resztki miażdży spychacz. Ale my wolimy dobrą, ręczną robotę nawet przy niszczeniu.