Ania Jaroszowa (Sokołowska) napisała
Ulica Żabia
Żabia to była mała uliczka, położona pięknie na Mirowie – równolegle do Marszałkowskiej na wysokości tej części Ogrodu Saskiego, która graniczyła z Placem Bankowym. Ulica była stara, bo wspomina się o niej już w XVII wieku, kiedy to król Jan Kazimierz nadał ziemię na przedłużeniu ul. Senatorskiej w obrębie ulic: Elektoralnej, Żabiej, Granicznej, Grzybowskiej i Ciepłej Janowi Wielopolskiemu (staroście Warszawy). W 1693 r. teren został przekształcony w jurydykę - prywatne miasteczko, od tej chwili nazywane Wielopolem. Projekt urbanistyczny wykonał Tylman z Gameren na zlecenie Marii Anny Wielopolskiej, siostry królowej Marii Kazimiery Sobieskiej.
Po Powstaniu na całej uliczce ocalała tylko jedna kamienica. Zasiedlający ją lokatorzy sami remontowali pomieszczenia. Efekt był taki, że w całej kamienicy nie było dwóch jednakowych mieszkań. Nie było również centralnego ogrzewania, ciepłej wody, łazienek, a część lokatorów miała wspólną toaletę w korytarzu. Z tymi problemami lokatorzy radzili sobie jak kto umiał. U nas w mieszkaniu były kaflowe piece do których węgiel przynosiło się z piwnicy. Piece były dwa do tego kuchnia węglowa toteż nic dziwnego, że w kuchni ważnym meblem była skrzynia na węgiel. Jak się ją napełniło, kursując wielokrotnie z wiadrami do piwnicy to na pewien czas był spokój. W kaflowej kuchni zamontowany był pojemnik na wodę. Dopóki pod kuchnią był ogień nie mieliśmy problemu z ciepłą wodą. Mój tata, który był złotą rączką, zainstalował w mieszkaniu ubikację więc nie musieliśmy korzystać ze wspólnej mieszczącej się na podwórku. Jak wyglądała i „pachniała” ta publiczna ubikacja możecie się domyślać zwłaszcza, że nasza Pani Dozorczyni nie przykładała się do jej sprzątania.
Nie było luksusów w tej naszej odrapanej kamienicy ale to co ja najbardziej pamiętam to brak anonimowości. My naprawdę stanowiliśmy dosyć zamkniętą społeczność. Wszyscy się znali. Dzieciaki, a było nas dużo, obowiązkowo kłaniały się wszystkim. Starsze panie siedzące najpierw na murku oddzielającym ulicę od Ogrodu Saskiego, a potem na ławce koło bramy miały baczne oko na wszystko co się działo. Nie umknął im nikt wchodzący do kamienicy ani żadne przewinienie dzieciaków. Nasz plan lekcji znały pewnie lepiej od nas. Wspominam to także dlatego, że dookoła naszej uliczki były gruzy. Teren wymarzony do zabawy lecz nie zawsze bezpieczny. Na zwróconą uwagę nawet największe rozrabiaki tuliły uszy i raczej się nie stawiały. Dotyczyło to również używanego słownictwa. Przy starszych gryźliśmy się w język.
Nie odnoście wrażenia, że wszyscy mieszkańcy byli aniołami. Nieprawda bywało różnie, policja też się zjawiała, ale dzieciaki czuły kuratelę dorosłych i przynajmniej na naszej ulicy w stosunku do dorosłych przestrzegały pewnych norm. Poza Żabią bywało już bardzo różnie.
Ania Jaroszowa (Sokołowska) napisała
Sąsiedzi.Opowiem Wam historię, która dosyć mocno zapisała się w mojej pamięci mimo, że kiedy rzecz się działa lat miałam niewiele.
Mój Tata był zapalonym automobilistą. Na co dzień jeździł ciężarówką, ale i prywatnie miał albo cztery albo dwa kółka. Na początku lat sześćdziesiątych był to przedwojenny Fiat. Dokładniejszej numeracji i typu auta nie pomnę. Jedynie co mi utkwiło w pamięci to to, że kierunkowskazy z przodu samochodu wyskakiwały z karoserii i świeciły. Wyglądały jak miniaturowe „łapki” oczywiście bez palców. Samochodzik był kapryśny i przed każdym wyjazdem Tata co najmniej dwie godziny leżał pod nim sprawdzając i naprawiając ciągle psujące się elementy. Sama jazda oczywiście też była przygodą bo nigdy nie było wiadomo czy bez problemów dotrzemy do celu. Na szczęście Tata dawał sobie radę z kapryśnym autkiem. Parkował ten samochodzik pod latarnią na ulicy Żabiej. Ponieważ mieszkaliśmy na parterze mieliśmy stały podgląd na poczynania Taty i parkujące auto. Wiadomo było kiedy się zbierać do drogi.
Pewnej nocy obudziło nas łomotanie do drzwi. Tata zerwał się, otworzył drzwi na łańcuch i zobaczyliśmy sąsiada z drugiego pietra z innej zupełnie klatki niż nasza, ubranego w białą nocną koszulę z siekierą w ręku. Osłupieliśmy, a sąsiad głosem niby dzwon rzekł „sąsiedzie auto panu kradną, zbieraj się pan to dogonimy drani”. Tata też chwycił nie pomnę co ale najprawdopodobniej siekierę i w samych gatkach wypadł z domu za sąsiadem. My rzuciliśmy się do okna wychodzącego na ulicę. Złodzieje zdążyli odtoczyć samochód z jakieś 150 metrów w kierunku Królewskiej. Jak zobaczyli wypadających z bramy facetów w strojach niedbałych z siekierami w ręku, porzucili samochód i uciekli do Ogrodu Saskiego. W międzyczasie do Taty i Sąsiada dołączyło chyba jeszcze dwóch Sąsiadów (wszyscy w strojach nocnych). Wspólnymi siłami przytoczyli autko pod latarnię. Dalszej części historii nie pamiętam bo Mama zagoniła nas spać. Muszę powiedzieć jeszcze, że mój tata miał ponad 190 cm wzrostu, a Sąsiad też do ułomków nie należał. Wcale się nie dziwię złodziejom, że zrezygnowali z konfrontacji i uciekli. Siekierki były chyba na wyposażeniu każdego mieszkania. W końcu czymś trzeba było rąbać drewno na podpałkę w węglowych kuchniach.
Latarnia pod którą parkowało nasze autko to odrębna historia. W czasach o których opowiadam codziennie o zmroku przyjeżdżał na rowerze Pan, który ją włączał a rankiem wyłączał. To też była atrakcja i powód do narzekań jeżeli Pan się spóźniał. W okresie późniejszym nasza latarnia już była uruchomiana automatycznie.
Ania Jaroszowa (Sokołowska) napisała
Kamienica
Wydawało mi się, że nasza kamienica na Żabiej 5 była stara, a tu niespodzianka. Wcale nie była taka wiekowa. Na znalezionych w sieci zdjęciach lotniczych Warszawy do 1939 roku w miejscu gdzie stał mój dom jest wolny plac. Wojtek wyszukał mi zdjęcia lotnicze Warszawy z 1944 roku i na nich moja kamienica jest. Obrys budynku jest dokładnie taki sam jak to zapamiętałam i jak widać na zdjęciu.
Kamienica była wysoka, pięciopiętrowa. Miała dwie boczne oficyny. Widoczna na zdjęciu na części frontowej od strony podwórka mała przybudówka to za moich czasów mieszkanie dozorczyni.
Wejście do kamienicy (brama główna) znajdowało poniżej tej przybudówki na ścianie frontowej.
Powyżej przybudówki również na ścianie frontowej była tzw. „ślepa brama”.
Obok dolnej części przybudówki było wejście na klatkę w której mieszkałam. W założeniu były to chyba kuchenne schody bo w przeciwieństwie do innych klatek i to zarówno w części frontowej jak i w oficynach, schody były na niej spiralnie skręcone. Z jednej strony była ściana, z drugiej wysoka siatka, która zabezpieczała wchodzących przed spadnięciem. Za oficyną w dole zdjęcia znajdował się szalet dostępny dla wszystkich lokatorów.
Na zdjęciu jest to duże podwórko ale po wojnie dolną i górną oficynę łączył mur (chyba tak na wysokości białej kreski między oficynami). Stały przy tym murze jakieś pobudowane przez lokatorów komórki oraz śmietnik.
Na środku podwórka był (chyba w założeniach) klomb – miejsce obudowane w kształcie prostokąta, z nawiezioną ziemią. Za moich czasów kwiatów tam nie było tylko stał trzepak – ulubione miejsce zabaw dzieciaków, z którego goniła nas dozorczyni, a było to tuż pod jej oknami.
Wyglądu wyższych pięter nie pamiętam, ale stojąc na Żabiej i patrząc na budynek to na parterze wyglądało to tak: dwa okna, brama i kolejne siedem okien.
Wiem, że w różnych częściach budynku były od frontu balkony, ale jak były umiejscowione? Wydaje mi się, że były balkony wzdłuż całego drugiego piętra i w części trzeciego, ale pewna nie jestem.
Widoczne na zdjęciu cienie z prawej strony zdjęcia rzucają drzewa z dawnego Ogrodu Saskiego Drzewa rosną do dziś, ale stoją pod nimi jakieś białe - dla mnie - brzydkie rzeźby, a teren jest pełen schodków i parkujących samochodów.
Przez środek ulicy biegły tory tramwajowe, które kończyły się na wysokości Hotelu Saskiego.
Latarnia stała na wysokości mniej więcej końcówki budynku od strony Hotelu.
Między naszym budynkiem a Hotelem Saskim były ruiny, w których na parterze przez pewien czas mieszkały ze cztery rodziny.
Po drugiej stronie kamienicy, w kierunku Granicznej były gruzy – wyrównane tak, że nie straszyły kikuty domów. Wśród tych splantowanych gruzów – mniej więcej w połowie drogi między nami a ogrodzonym domem wojskowych na Granicznej 2 była górka. Miejsce oblegane zimą przez dzieciaki z Żabiej. Super się tam zjeżdżało na sankach. Obok górki stał blaszany męski pisuar, który obchodziliśmy z daleka.
Mieszkańcy Żabiej pomóżcie uszczegółowić ten opis naszej kamienicy, a zwłaszcza wygląd poszczególnych klatek i frontu budynku.
Od redakcji : Oczekuje na materiały pod adresem: my_z_mirowa@interia.pl
Materiały osób chętnych do napisania będą weryfikowane przed opublikowaniem przez znanych redakcji mieszkańców tej ulicy.