Ulica Mirowska - Jerzy S. Majewski  2004-04-15


Mirowska rozwidlała się w połowie wysokości hal i łączyła plac Mirowski z Elektoralną. Dziś wznosi się tu osiedle kilkupiętrowych bloków mieszkalnych zbudowanych niedługo po wojnie. Miejsce tak się zmieniło, że fotografię ulicy rozpoznałem dopiero dzięki czytelnikowi
Jest późne przedpołudnie. Na jezdni placu Mirowskiego widzimy baby okutane w chusty. Są chyba Żydówkami z pobliskich domów. Handlują pieczywem. Jedne stoją, inne przycupnęły na taborecikach. Z wiklinowych koszy wyglądają świeże bułeczki. Fotografia jest wprawdzie już nieco wyblakła, czarno-biała, ale mógłbym przysiąc, że wpatrując się w nią, czuję zapach pieczywa. Handlarki spostrzegły fotografa. Zapomniały o bułkach. Te starsze wpatrują się w obiektyw z namaszczeniem, młodsze są rozbawione. Żartują, widać, że coś wykrzykują. Tylko dwie kupujące pozostają odwrócone. Jedna, w jasnej chuście, to pewnie służąca z dobrego domu. Pani wysłała ją po bułki na pierwsze i drugie śniadanie. No i rzecz jasna, po coś do bułek.

"Najpopularniejsze bułki były to kajzerki. Z kolei parki, inaczej mularki, kupowali przeważnie mularze w drodze do pracy. Mularka to ciężki zawód, wymaga sił, nic więc dziwnego, że ulubione ich bułki były podwójne i nikomu nie przyszłoby na myśl ich dzielić. Para stanowiła w tym wypadku jedność. Bywały mniej chrupiące, mniej wypieczone od kajzerek, ale za to bardziej sytne. Sezon mularski trwał wówczas krótko. Nie używano żadnych piecyków z koksem, mur musiał wyschnąć w słońcu. Dzień roboczy był wiec długi, od wschodu do zachodu słońca, dopiero wieczorem jadało się coś gotowanego" - wspominała Jadwiga Waydel-Dmochowska.

Nie na Zgoda

Przyznam, że ta fotografia mnie zmyliła. Handlarki stoją na placu Mirowskim, w głębi widać kamienice u wylotu ulicy Mirowskiej, ale na ścianie szczytowej jednego z domów widnieje reklama jednej z największych warszawskich firm ogrodniczych - braci Homiczów przy ul. Zgoda 8. Tam też próbowałem zlokalizować tę fotografię. Tyle że nie pasowała ona do żadnego miejsca pomiędzy Chmielną a Świętokrzyską. Myliły mnie też same domy. Nie ten mizerny, z obsypującą się ściana szczytową i drewnianym płotem, ale te w głębi. Wielkomiejskie, ze sklepami na parterze i przyzwoicie opracowanymi fasadami. Mogłyby przecież stanąć gdzieś w centrum. Na trop naprowadził mnie dopiero list naszego czytelnika pana Jarosława Piekarskiego, który napisał, że interesują go dzieje ulicy Mirowskiej. Zacząłem bliżej przyglądać się zdjęciom lotniczym i już wiedziałem. To jest właśnie tu!

Bez elegancji

Ulica Mirowska nie zawsze była Mirowską. Od schyłku XVIII w. aż po 1879 r. nosiła mało elegancką nazwę Zatyłki. Miało to swoje uzasadnienie. Biegła za tyłami koszar Mirowskich ciągnących się aż do placu Żelaznej Bramy. Zatyłki w gruncie rzeczy trudno było nazywać ulicą. To raczej zaułek, równie nieelegancki jak sama nazwa. Zabudowany byle jak i pokręcony. Żadnej w tym myśli urbanistycznej. Ot, przypadkowe przejście między podwórkami domów. Tak było jeszcze w połowie XIX w. Początek Zatyłków poprzedzony był niewielkim placykiem usytuowanym na wysokości przesmyku między parami koszar mirowskich. Potem, gdy koszary zburzono, a w ich miejscu wzniesiono hale Mirowskie, placyk ten znalazł się niemal dokładnie na wysokości targowiska i pawilonu między nowymi budynkami. Innymi słowy - w samym brzuchu Warszawy. Nic dziwnego, że to miejsce upodobały sobie handlarki chlebem. Zbyt miały murowany. Zresztą w najbliższej okolicy można było kupić wszystko. Nawet kosze, z których okutane chustami baby sprzedawały pieczywo, prawdopodobnie pochodziły z ulicy Mirowskiej. Tu bowiem skupiły się sklepy hurtowe z wikliną.

Dwa domy w jednym

U schyłku XIX w. Mirowska nie była już zaułkiem. Cała jej zachodnia pierzeja została wyprostowana, a prawdziwą ozdobę ulicy stanowiła podwójna kamienica niejakiego Aptego pod nr. 3 i 5 (przed 1914 r. - 13/15). Miała ona też ścięty narożnik i reprezentacyjną elewację od strony Elektoralnej 31.

Dom Aptego mógł uchodzić za wielkomiejski. Wyróżniał się przy tym efektownie opracowaną, neorenesansową fasadą. Ożywiały ją duże, półkoliście zamknięte witryny sklepów i dość bogate obramienia okien zestawionych w różnych układach. Gmach wieńczył wydatny i dość bogato zdobiony gzyms. Do obydwu całkowicie niezależnych części domu wiodły oddzielne bramy na podwórka studnie oddzielone od siebie dwiema oficynami bocznymi.

W 1905 r. kamienica należała do Fajgi Goldmana. Z biegiem lat obie stały się własnością różnych osób, tak iż w 1930 r. właścicielką segmentu przy Mirowskiej 3 była Felicja Goldman, zaś część pod nr. 5 przypadła Jakubowi Bermanowi.

Jeszcze wyższa była kamienica przy Mirowskiej 1. Zajęła część działki, przy której od strony placu Mirowskiego stała dwupiętrowa, neorenesansowa kamienica ze ściętym narożnikiem. Obydwa budynki oglądamy na naszym zdjęciu.

Dom pod jedynką (wcześniej Mirowska 11) jest wyższy od sąsiadów. Pięciopiętrowy i bardzo wąski. Za częścią frontową ciągnęła się długa pięciopiętrowa oficyna boczna. Widać ją było znakomicie z ulicy, bo znacznie przerastała stary dom przy placu Mirowskim. Kamienica musiała powstać niedługo przed 1914 r. Na parterze znalazły się bowiem duże witryny sklepów, zaś piętra ożywiły potężne lizeny, nadające i tak wąskiej i wysokiej fasadzie wrażenie wysmukłości.

Zupełnie inny świat rozpościerał się po drugiej, wschodniej stronie Mirowskiej. Ta pierzeja ulicy aż do 1939 r. była poszarpana. Znaleźć tu można było jednak relikty nie tylko zabudowy z czasów Królestwa Kongresowego, ale i wcześniejsze, pamiętające jeszcze wiek XVIII. Przykładem niech będzie kamienica u zbiegu Mirowskiej i Elektoralnej 29, istniejąca już w 1792 r. Była dość skromna, piętrowa, ze ślepą ścianą szczytową wychodzącą na Elektoralną.

Po obu stronach muru

Kres Mirowskiej przyniosła wojna. Niemcy przedzielili ją murem getta. Wysmukły dom pod nr. 1 pozostał w części aryjskiej. Podwójna kamienica pod trójką i piątką znalazła się w getcie.

Pod jedynką mieszkali w 1941 r. dziadkowie naszego czytelnika pana Jarosława Piekarskiego - Marian i Jadwiga z Sobótków Jaroszkowie. Tuż obok w już innym świecie, za murem getta, w domu pod nr. 5, mieszkał Józef Zysman (Ziemian), autor dziennika. Po upadku powstania w getcie ukrywał się po stronie aryjskiej. "Zysman należał do plejady ofiarnych działaczy Żydowskiego Komitetu Narodowego działającego w Warszawie po stronie aryjskiej. Zajmował się między innymi załatwianiem kenkart dla Żydów ukrywających się poza gettem" - pisze Michał Grynberg w książce "Pamiętniki z getta", zaś w książce Władysława Bartoszewskiego "Ten jest z ojczyzny mojej" czytamy o nim jako o "odważnym młodzianie, świetnie ucharakteryzowanym na podmiejskiego rolnika i śmiało kroczącym po mieście z tajemnymi zleceniami. Zysman przeżył wojnę, a w 1957 r. wyemigrował do Izraela, gdzie napisał m.in. książkę o dzieciach żydowskich handlujących w czasie okupacji papierosami na placu Trzech Krzyży. Cała ulica wyłączona została z getta w grudniu 1941 r.

Większość kamienic przy Mirowskiej dotrwała do Powstania Warszawskiego. Ich wypalone, w części zaś zwalone mury, rozebrano na zlecenie Biura Odbudowy Stolicy w początku 1946 r. Zlecenie rozbiórki podpisał ówczesny szef Pogotowia Budowlanego Roman Dowgird. Gruz polecono zwieźć firmom rozbiórkowym w rejon Cmentarza Wolskiego. W 1948 r. w miejscu dawnej, niesłychanie gęstej zabudowy podjęto budowę pierwszej części osiedla Mirów - kilku niskich, wolno stojących bloków pośród zieleni, projektowanych przez zespół Tadeusza Kossaka. Zmieniły one bez reszty charakter miejsca tętniącego niegdyś życiem. Dziś jest tu nudno, choć fragmentami urokliwie.

Razowiec od sałdatów

Na początku XX w. oprócz chleba pytlowego, pieczonego na kwasie, handlowano chlebem sitkowym, z mąki razowej przesiewanej przez sito. Najsmaczniejszy podobno pochodził z racji wojskowych. "Dzienna porcja chleba była w wojsku [rosyjskim w Warszawie] tak olbrzymia, że nawet ludzie obdarzeni wilczym apetytem nie byli w stanie jej przejeść i chętnie sprzedawali na parę groszy to, co im zbywało. Wiele domów miało takich zaprzyjaźnionych dostawców, którzy przynosili co kilka dni doskonale wypieczony, brunatny bochen, po czym skrzętnie zawiązywali otrzymane miedziaki w róg ciemnej, służącej chyba wyłącznie za portmonetkę, chustki do nosa" - wspominała Jadwiga Waydel-Dmochowska.