Wojtek Rozefeld napisał
TELEWIZJA
Należę do pokolenia, które przyszło na świat i wczesne dzieciństwo przeżyło bez telewizji.
Czy to jest możliwe? A jak spędzało się wieczory?
Teraz sobie to trudno wyobrazić, ale nie czułem się specjalnie nieszczęśliwy ani znudzony. Pierwszym nośnikiem kultury w domu, który pamiętam od zawsze było radio. Radio było w większości domów. U nas był to piękny odbiornik „PHILIPS”. Znalazłem ostatnio zdjęcie takiego odbiornika i wróciły wspomnienia.
Uwielbiałem kręcić wskazówką skali i wsłuchiwać się w melodię obcych języków. W krótkim czasie rozróżniałem język francuski, włoski i niemiecki. Nie mogłem się nadziwić, że ktokolwiek może coś w tych językach zrozumieć, ale melodia języka włoskiego bardzo mi się podobała. Języka niemieckiego nie lubiłem.
Program radiowy wówczas był zupełnie inny niż obecnie. Było znacznie więcej audycji teatru radiowego, zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Wspaniałym, a obecnie zupełnie zarzuconym pomysłem, było czytanie przez lektora powieści lub bajek. Jak wspaniale ćwiczyłem swoja wyobraźnię. A należy pamiętać, że wyobraźnia powiela tylko obrazy już dotychczas gdzieś widziane.
Cóż mógł widzieć 3 – 5 cio letni człowieczek? Z czego budować miał obrazy pustyń, mórz i gór przeogromnych. To co wówczas znałem to był Grodzisk Mazowiecki i okolice i „ogromna dal” widziana przez okno pociągu w drodze do Babci do Żyrardowa. A jednak dało się wędrować przez radiowe baśnie i przygody.
Również stosunek dorosłych do radia był inny niż teraz. Radio to było coś co nobilitowało. Pamiętam rozmowy Ojca z Kuzynami przy stole o zaletach naszego radia i jego przewadze technicznej nad innymi markami. Bardzo istotnym elementem jakości i klasy radia w tych rozważaniach było, czy radio posiadło „magiczne oko” czy nie. Tak jak teraz rozmawia się o samochodach rozważali wady i zalety marek radiowych. Radio było bardzo ważnym domownikiem. Prababcia, która wówczas u nas mieszkała, kilka razy dziennie biegała z kuchni do pokoju aby na „dzień dobry” spikera grzecznie radiu się odkłonić i odpowiedzieć na powitanie. Do dzisiaj bardzo lubię teatr radiowy, ale bywa rzadko i przeważnie w nieludzkich porach, około północy.
Następnym nośnikiem kultury jaki poznałem było kino. To było jeszcze w Grodzisku, a więc na pewno przed końcem 1949r. Pamiętam wyprawę do kina, a właściwie na film, bo seans był w sali gimnastycznej w szkole w centrum, za torami .Było ciasno i duszno, a ja nie bardzo wiedziałem na czym ten „film” ma polegać. Kiedy zgasło światło miałem dosyć tego tłumu i już chciałem wyjść, ale nagle na ekranie zaczęły się dziać istne cuda. Był to słynny klasyczny radziecki film rysunkowy „Konik Garbusek” . Miałem mieszane uczucia. Obrazy ruchome i kolorowe były wspaniałe, cudne, ale nie za bardzo rozumiałem akcję, może byłem za mały? A może ten film nie miał narracji ? Dość prędko poczułem się zmęczony natłokiem ludzi, gwaru i kolorów. Później jednak przekonałem się do sztuki filmowej i stałem się zapalonym kinomanem.
Tymczasem zgłębiałem tajniki sztuki czytania. Ćwiczenia prowadziłem na tekstach w gazecie „Express Wieczorny” i czytanie podobało mi się bardziej od kina. Wyobraźnia znów pracowała. Szczególnie lubiłem felietony Wiecha (Stefana Wiecheckiego). Kto teraz pamięta Wiecha i jego „warszawską” gwarę?
W 1950 roku w moim życiu nastąpiła diametralna odmiana. Z zaściankowego, ale nieodległego od przyrody i żyjącego w rytm pór roku Grodziska Mazowieckiego, przeprowadziliśmy się do Warszawy. To był zupełnie inny świat, którego musiałem się nauczyć. Tu w Warszawie trafiłem w sam środek morza gruzów i niekończący się jak okiem sięgnąć plac budowy. Już nie było strumyków płynących na przedwiośniu z ich charakterystycznym zgniłym zapachem, nie było skowronków nad polami latem, nie było zasp śnieżnych w ogródku zimą. Za to były inne atrakcje. Z tych intelektualnych, przede wszystkim w szkole była biblioteka i cała masa książek. To było wyzwanie. Dałem radę! Przeczytałem większość z nich. Książki pochłaniałem. A jeszcze okazało się, że mama Sławka Morawskiego mojego najlepszego kolegi z podstawówki ma wykształcenie humanistyczne i Ona wspaniale ukierunkowywała moje czytelnictwo na wartościowe tory.
Po okrzepnięciu w realiach ulicy Elektoralnej, bardzo szybko odkryłem pożytki płynące z chodzenia do kina. O pierwszych doświadczeniach z kinem w sali gimnastycznej w Grodzisku i filmem „Konik Garbusek” zapomniałem szybko i rzuciłem się w wir filmów wojennych. Oczywiście o dzielnej Armii Radzieckiej. Nikt z nas nie wyobrażał sobie, że mogą być inne równie dzielne i szlachetne armie. Piękne to były filmy i szlachetni ich bohaterowie. Pamiętam niektóre tytuły:„Opowieść o Prawdziwym Człowieku”, „O szóstej wieczorem po wojnie” „Czapajew” „Kotowski”, ”Świat się śmieje”, „Wołga, Wołga”. Rozpalały naszą chłopięcą wyobraźnie do białości i cale dnie spędzaliśmy z kolegami na wyganianiu faszystów i walkach partyzanckich. Za wrogie eszelony wojskowe służyły nam tramwaje koło Ogrodu Saskiego. Podkładaliśmy na tory kapiszony, albo korki wsłuchiwaliśmy się w wywołane eksplozje. Najwspanialszym atrybutem była „czerwonoarmiejska” gwiazda na czapkę. Kto miał taką gwiazdę na czapce, to oczywiście był „Komandirem”.
Ale miało być o kinach.
Jakie to były kina! Nie za wiele ich było, ale każde miało swój klimat. „Polonia” i „Palladium” z resztkami przedwojennej świetności, prymitywna, ale przytulna „Tęcza” na Żoliborzu, nowoczesne, ale zatłoczone „W-Z” na Woli. Wreszcie wspaniałe, premierowe „Moskwa” i Praha”. Później dołączyło do nich wygodne, bo mające dwie sale „Muranów” no i najważniejsze kino „Anatol”, bo naprzeciwko mojego domu w Stołecznym Domu Kultury na Elektoralnej 12.
Kino było rozrywką bardzo tanią. Bilet kosztował tyle co bochenek chleba lub butelka piwa, albo litr mleka. Ale za to tłok do kasy był niemiłosierny. Dlatego przeważnie chodziłem na filmy długo po premierze do kin drugorzędnych. Na bilety u „koników” nie było mnie stać. Bardzo szybko nauczyłem się czytać recenzje w gazetach i wybierałem filmy w oparciu o opinie krytyków. W tamtych czasach wszystkie gazety zatrudniały krytyków filmowych i zamieszczały recenzje w specjalnych stałych rubrykach. Niektórzy z krytyków tacy jak Zygmunt Kałużyński, czy Bolesław Michałek byli bardzo w świecie filmu wysoce cenieni, a nazwiska ich znane wszystkim bywalcom kin. I tak to trwało aż do końca podstawówki.
Już byłem w Technikum jak wybuchła telewizja.
Naprawdę wybuchła, przyszła nagle, niespodziewanie i zaczęła swoją gwałtowną ekspansję. Najpierw o istnieniu telewizji obwieścił „Expresiak”, później pierwsze odbiorniki pojawiły się w świetlicach przyzakładowych. Sprawozdania z seansów telewizyjnych w świetlicach były na pierwszych stronach gazet i to dużymi literami.
Niezadługo pierwsze odbiorniki dla świata pracy pojawiły się w sklepach. Miały dumne nazwy „Belweder” i „Wisła”. Nie pamiętam który z nich był pierwszy. Warto było iść do sklepu i choćby popatrzeć na nie bliska, bo ceny były niebotyczne i obowiązywały oczywiście talony. I znów, jak wiele innych dóbr klasa robotnicza oglądać mogła telewizję oczami swoich przedstawicieli. A przedstawicieli typowała „Władza Ludowa” i obdarowywała ich w nagrodę za wierność talonami.
Pierwszym posiadaczem telewizora w rodzinie był Heniek B. Kiedy tylko się o tym dowiedziałem, uprosiłem Mamę, żeby mi pozwoliła pojechać do niego i obejrzeć z bliska to cudo. Po pewnym czasie Mama się zgodziła. Heniek mieszkał daleko od nas, bo na ulicy Stanisława Augusta na dalekim Grochowie, a audycje były tylko wieczorem. Do dzisiaj pamiętam urok tamtego wieczoru. Był teatr telewizyjny ze sztuką zatytułowaną „Kowal pieniądze i gwiazdy” nie wiem czyjego autorstwa, ale wrażenie było tak wielkie, że do dzisiaj jestem zauroczony tą baśnią i ilustrującą tę sztukę melodią graną na skrzypcach. Telewizja skończyła się bardzo późno i pierwszy raz w życiu wówczas sam wracałem do domu taksówką, oczywiście w tajemnicy przed rodzicami. Pieniądze na taksówkę pożyczyłem od Heńka i oddałem później z własnej pracy. O dziwo mama za późny powrót zrobiła mi tylko niewielką awanturkę.
Tak skończyło się moje zapoznanie z telewizją.
W naszym domu telewizor pojawił się stosunkowo późno. Ojciec był zdania, że telewizja jest niepotrzebnym złodziejem czasu i odciągnie dzieci od nauki. W końcu jednak dał się przekonać i telewizor kupił.
Jak z większością zdarzeń w domu rodziców i z faktem nabycia telewizora wiąże się anegdota. Rzecz znam z relacji rodziców. Mnie nie było wówczas w Warszawie, a telewizor marki „Nefryt” miał być niespodzianką po powrocie z wakacji. Rodzice go kupili, przytargali do domu i włączyli. Pojawił się obraz, tyle że nieruchomy. Przedstawiał portret jednego z ówczesnych przywódców narodu – Przewodniczącego Rady Państwa Aleksandra Zawadzkiego . Była duża konsternacja, bo obraz tkwił nieruchomo na ekranie, nie chciał się poruszyć, a głosu nie było w ogóle.
Dopiero po kilkudziesięciu minutach w radio podano wiadomość: Aleksander Zawadzki zmarł tego dnia, a jego portret w telewizorze był formą hołdu, nie wady odbiornika.
Teraz mogę precyzyjnie określić: pierwszy telewizor u nas pojawił się 7 sierpnia 1964 roku.
Warszawa wtorek, 21 lutego 2006