Wojtek Rozenfeld - napisał
sobota, 19 listopada 2005
W trakcie dzisiejszej audycji telewizyjnej „Telepeerele” traktującej z humorem o absurdach naszego codziennego życia w PRL przypomniało mi się takie zdarzenie:
ROWER i realia PRLu
Był rok 1948 lub 1949 i była wiosna. Po wojennym wysiedleniu z Warszawy mieszkaliśmy w Grodzisku. Pewnego razu Tata wrócił do domu i tryumfalnie oświadczył, że dostał talon na kupno roweru. Mogło to być z okazji 1-go maja. Pamiętam ogólną radość i podniecenie w domu i te rozmowy i plany jak to znakomicie zmieni się nasze życie dzięki rowerowi. Tata dorobi mi dodatkowe siodełko na ramę i razem będziemy zwiedzać okolice Grodziska, a może nawet wybierzemy się do Warszawy. Marzenia marzeniami, ale (tu zaczęła się dla mnie lekcja rzeczywistości) od talonu do roweru droga okazała się być daleka. Najpierw trzeba było talon zarejestrować w sklepie. Później dowiadywać się wielokrotnie o datę nadejścia transportu rowerów i nie daj Bóg przegapić . Talon bowiem miał termin ważności, a nikogo nie interesowało, że termin nie mógł być dotrzymany z winy braku towaru w sklepie. Zwyczajnie. Sklep był państwowy, hurtownia państwowa i fabryka rowerów też była państwowa, a Państwo Ludowe nie mogło się mylić.
Długo to trwało, aż w końcu nadszedł ten szczęśliwy długo wyczekany dzień. Tato miał wrócić z Warszawy z rowerem. Nie mogłem się doczekać. Już od południa siedziałem przed bramą i wyglądałem czy nadjeżdża.
Nie doczekałem się.
Ściemniło się i Mama zagoniła do domu.
Dopiero późnym wieczorem, kiedy już traciłem nadzieję wszedł Tata.
Z rowerem.
Pięknym, czarnym i błyszczącym. Cudo!
Podbiegłem bliżej i ....................rozpacz moja nie miała granic!
Rower nie miał ramy. To nic, że miał piękną wypisaną białymi literami nazwę „Bałtyk”. Była to damka. Prysły marzenia o wspólnych z Ojcem wycieczkach.
Później, wielkim nakładem inwencji Ojciec próbował ratować sytuację i dorobić ramę z 2 kijów od szczotki przywiązanych sznurkiem. Odbyliśmy takim dziwolągiem kilka wycieczek na okoliczne glinianki, ale i ja i Ojciec wiedzieliśmy, że to nie jest to. Czar prysł i nie wrócił już nigdy. Od tamtej pory (taki pięcioletni malec) nauczyłem się, że nie trzeba do końca wierzyć w obietnice władzy ludowej.
Bo nie mogłem pojąć jak można było MOJEMU OJCU dać talon na damkę. Przecież był mężczyzną i władza o tym doskonale wiedziała.
A co z rowerem?
Nie pamiętam. Ale innych wspomnień z nim związanych nie mam.
W krótkim czasie zniknął z naszego życia. W czasie przeprowadzki do Warszawy w styczniu 1950 r. już go nie było.