Elżbieta Schwakopf napisała
ROWER
W 1948 roku w Krakowie, w kamienicy przy Parku Krakowskim, została według przekazu rodzinnego zawarta ugoda między mną a moimi Rodzicami. Dotyczyła ona wymiany cumela (smoczek) na rower .
Szybko nauczyłam się jeździć na swoim małym trójkołowym bolidzie z napędem (pedały) na przednie koło. Szybko też z niego wyrosłam tak, że nie przyjechał ze mną na Elektoralną. Szczęśliwy zbieg okoliczności (biegła znajomość angielskiego mojego Ojca) sprawił, że wkrótce mogłam przesiąść się na prawdziwy dziecięcy rowerek, z którego wyrósł syn konsulostwa Królestwa Wielkiej Brytanii a którzy byli sąsiadami moich dziadków mieszkających pod Warszawą.
W tamtych czasach i ta znajomość „z naszymi sojusznikami” i jej realizacja w takiej postaci mogła mieć nieobliczalne skutki, uważam więc że można ją zaliczyć do małego sabotażu. Rowerek był piękny, biały, z przodu miał pojemnik na „drugie śniadanie” i prawdziwe koła ze szprychami. W krótkim czasie stał się dwukołowy, przez chwilkę miał z tyłu patyk dla uczącego, który rychło okazał się zbędny, bo ruszyłam przed siebie z kopyta.
Do roweru byłam tak przyrośnięta , że nie nauczyłam się ani czytać, ani pisać, ani liczyć, nie znałam żadnego wierszyka i w stanie takiego zaniedbania intelektualnego rozpoczęłam naukę w I klasie. Z powodu wzrostu musiałam się z nim rozstać . Przez jakiś czas usiłowano pocieszyć mnie hulajnogą, nawet z pedałem, ale bezskutecznie. Niestety tym razem szczęście mi nie sprzyjało i mogłam tylko prosić któregoś szczęśliwego rowerzystę „daj się przejechać”.
Te ponure czasy trwały do Gwiazdki, chyba 1957 roku. Domowym zwyczajem (galicyjskim) wszyscy wyszli z pokoju, w którym otwierało się okna dla Aniołka. Potem można było wrócić pod choinkę – tym razem było tam pusto. Powiedziano mi, że Aniołek miał duże trudności z oknem i zostawił wiadomość, że coś dla mnie jest na balkonie. To „coś” to była ogromna, stara, ciężka, odrapana damka marki „Diamant” w ponurym brązowym kolorze. Nie miała hamulców, ale za to przy kole było duże zepsute dynamo. Matka pocieszyła mnie, że jest solidna bo „poniemiecka”. Była za ciężka, żebym mogła ją wnosić i znosić z III piętra. Aż do wakacji ubierałam się , wychodziłam na balkon i siedziałam na swoim wymarzonym rowerze. W nieznanych okolicznościach rower został przewieziony do dziadków i służył mi długo. Z czasem wydawał różne dźwięki, bo coś się od niego odrywało. Nikt go nie naprawiał, nie konserwował, bo nie umiał, czasami jakiś litościwy rowerzysta napompował koła. Nigdy nie został sfotografowany.