MIASTOBÓJSTWO W CIENIU ODBUDOWY - Jarosław Zieliński

ul. Marszałkowska 81-81b 1945 r

Spalone i wyludnione Śródmieście tylko miejscami wracało do życia. Na dużych połaciach dzielnic zachodniej i północnej (nie licząc zrównanych z ziemią kilkudziesięciu kwartałów getta) przez długie miesiące nic się nie działo, tam bowiem straty ludności cywilnej w wyniku masowych mordów były najwyższe - żydowskiej do 1943 r. i polskiej w sierpniu roku 1944. Brak właścicieli domów i mieszkańców powodował, że wypalonych murów nie miał kto chronić. Tylko na budynkach uznanych według ówczesnych kryteriów za zabytkowe zawisły tablice Biura Odbudowy Stolicy, zakazujące naruszania zachowanych murów. Pozostałe budynki BOS zinwentaryzował, dzieląc według stopnia destrukcji na całkowicie zburzone, wypalone, spalone z zachowanymi stropami i w mniejszym stopniu uszkodzone. W ramach BOS-u zorganizowano Pogotowie Budowlane kierowane przez inżyniera dróg i mostów Romana Dowgirda. Miało ono likwidować zagrożenia budowlane.

W pierwszych miesiącach działalność PB BOS rzeczywiście się do takich zadań ograniczało. Procedura wyglądała następująco: do PB wpływał wniosek o usunięcie zagrożenia, np. ze strony Wydziału Urbanistyki BOS, Dzielnicowej Rady Narodowej lub milicji, a inż. Dowgird wystawiał wybranej firmie budowlanej zlecenie rozbiórki zagrożonych zawaleniem murów. Z czasem, jeszcze w 1945 r., zaczęło się dziać coś zatrważającego. Przykładowo jeden z wniosków spisany przez dowódcę posterunku Milicji Obywatelskiej (MO) w stopniu... szeregowca (!) wskazywał bez   bliższego sprecyzowania zagrożenie zawaleniami występujące na ul. Dzikiej.

Odzew był natychmiastowy: Dowgird wystawił zlecenia na rozbiórkę niemal wszystkich kamienic (z wyjątkiem jednej, nie wypalonej) na tej i przyległych ulicach. Na Ciepłej wniosek wskazywał zagrożenia dla komunikacji kołowej, tymczasem żadna komunikacja na tejże ulicy nie mogła mieć miejsca, bo jezdnię - aż do wysokości pierwszego piętra zawalał gruz. Potwierdzają to fotografie wykonane przed przystąpieniem do rozbiórki domów.

W ciągu paru miesięcy takie zjawiska przybrały charakter masowy i dosłownie w mgnieniu oka zniknęła prawie cała zabudowa łącznie setki kamienic z kilkunastu wielkich warszawskich ulic, przede wszystkim w dzielnicy zachodniej, m.in. Leszna, Elektoralnej, Grzybowskiej, Chłodnej i Ogrodowej. Na innych ulicach ubywało od 50 do ok. 75 proc. domów. Skala zagłady była tak wielka, że protestowali nawet niektórzy działacze komunistyczni, ci jednak okazali się mniej wpływowi od kierownictwa BOS: Romana Piotrowskiego i jego współ­pracowników z Wydziału Urbanistyki. Owi najwięksi wrogowie tradycyjnego, XIX-wiecznego miasta należeli przed wojną do czołowych ugrupowań twórczej awangardy. Byli to rodowici warszawiacy, marzący o zburzeniu pozostałości dawnej stolicy i wykreowaniu utopijnej, „nowej Warszawy".

Dodatkowym pretekstem do wyburzeń stał się huragan, który w marcu 1946 r. naruszył strukturę wypalonych murów w setkach budynków, w czego rezultacie walące się ściany zabiły tak wielu ludzi, iż władze zataiły liczbę ofiar. Podjęte niezwłocznie masowe prace rozbiórkowe sprawiły, że do następnego roku centrum i zachodnia część Śródmieścia przerodziły się w pustynię, na której sterczały wyspy domów uprzednio przez mieszkańców prowizorycznie wyremontowanych albo jakimś cudem ocalałych. Zdjęcia lotnicze z 1947 r., ukazujące tę perzynę, propaganda przedstawiała jako dowód bestialstwa niemieckiego.

Przedsiębiorstwa rozbiórkowe były zobowiązane do szczegółowej dokumentacji wyburzeń, sporządzenia szkiców zabudowy z zaznaczeniem rozbieranych fragmentów, dokładnego kosztorysu, a także wykonania fotografii budynku przed podjęciem prac i po ich zakończeniu. Na koniec odbywało się coś w rodzaju komisyjnego podpisania „aktu zgonu" budynku, co eufemistycznie nazywano kolaudacją.

Ten szczególny zapis miastobójstwa, paradoksalnie utrwalający wygląd setek nieznanych z innych zdjęć fasad, przetrwał do naszych dni i stanowi dziś bezcenny zespól akt w zbiorach Archiwum Państwowego m.st. Warszawy.

Czy burzone domy nadawały się do odbudowy? Dziś trudno odpowiedzieć, w jakim procencie, ponieważ zachowana dokumentacja rozbiórkowa nie budzi zaufania. Obecnie wielu architektów i naukowców twierdzi, że wypalony, niezabezpieczony, pozbawiony stropów budynek, wystawiony w ciągu dwóch lat na działanie opadów atmosferycznych i erozję wietrzną, z reguły do odbudowy się nie nadawał.

Zapewne w odniesieniu do niektórych przypadków jest to prawda, ale błąd w rozumowaniu tkwi w tym, że oceniający operują współczesnymi kryteriami opłacalności odbudowy. W pierwszych latach powojennych właściciele i mieszkańcy odbudowywali swe kamienice spontanicznie, nie zamawiając ekspertyz. Wiele przywróconych do życia czynszówek trwa do dziś i ma się nieźle. Dodajmy, że odbudowywano nie tylko domy zniszczone w roku 1944, ale i te wypalone w 1939 r. Przykładem jest chociażby istniejąca do dziś czynszówka przy ul. Zgoda 5, spalona podczas kampanii wrześniowej i nieza­bezpieczona przez pięć następnych lat

O przetrwaniu spalonego budynku decydowały trzy czynniki: obecność gospodarza, trwałość konstrukcji oraz szybkie zabezpieczenie metodą zamurowania otworów i podparcia fasady. Przy braku takich zabezpieczeń najczęstszym powodem awarii było odspajanie się i wychylanie murów elewacji, niezwiązanych belkami stropowymi, rozsadzanych od środka zwałami gruzu, naciskanych uderzeniami wichury i rozmiękających pod wpływem opadów.

Przepalona, a później zmoczona zaprawa, w której przeważało wapno,

ul.Ogrodowa8a 1945r.

 traciła moc wiązania. Ale i na to był sposób, założenie kotew i belek stropowych, przemurowanie górnych partii ścian, prowizoryczne zadaszenie.

Wśród przyczyn drugiej śmierci zabudowy miasta ważną rolę odegrały czynniki demograficzny i techniczny. Negatywne oddziaływanie pierwszego z tych parametrów było możliwe do wyeliminowania dopiero w następstwie imigracji ludności.

Druzgocące działanie drugiego czynnika było uwarunkowane jeszcze innymi okolicznościami. Na czoło wysuwa się czynnik ekonomiczny, który w świetle zespołu akt BOS można by nazwać konfliktem interesów. Kierownictwo Pogotowia Budowlanego zlecało rozbiórkę danego budynku lub jego części wskazanej firmie, przy czym dokumenty nie mówią, w jaki sposób została ona wyłoniona. Beneficjentami takich kontraktów były najczęściej: Społeczne Przedsiębiorstwo Budowlane, spółdzielnia Miner, ale też wiele przedsiębiorstw prywatnych, np. Wacława Kóniga czy Zenona Łuczaka. Pogotowie Budowlane BOS zlecało zazwyczaj rozbiórkę tylko górnych kondygnacji fasady i innych murów magistralnych, ale oceny stanu technicznego dokonywała firma prowadząca prace i ona to zazwyczaj składała wniosek o rozlegle wyburzenia, wskazując fatalny - jakoby - stan techniczny murów. Przedsiębiorstwu płacono za każdy metr sześcienny rozebranych ścian, czyli im więcej, tym dla wykonawcy bardziej opłacalnie. Z reguły fasadę rozbierano do parteru, czasem do wysokości pierwszego piętra. W ten sposób budynek pozbawiano całej jego architektonicznej wartości. Bezmyślnie niszczono elementy dekoracji, nie tylko sztukaterie, ale i cenniejsze detale - rzeźby i płaskorzeźby, ozdoby ceramiczne i wykonane z metalu. Łakomym kąskiem były żelazne bramy i balkony, złom był wówczas bardzo w cenie. Z reguły owe fasady były najlepiej zachowanymi częściami budynku. Szybki proces wypalania wnętrza wypełnionego drewnianymi stropami powodował, że gruby mur (czym niżej, tym grubszy) nie zdążał nagrzać się na tyle, aby doszło do przepalenia, a co za tym idzie odpadnięcia tynków i dekoracji. Często w całkowicie spalonych domach były widoczne nietknięte, drewniane ramy okienne! Po rozbiórce fasady z kamienicy pozostawały ściany międzytraktowe szczytowe i tylne, które burzono w następnej kolejności, już bez „ekspertyz". Pozostawały najczęściej fragmenty oficyn, zazwyczaj lepiej zachowanych od domów frontowych. Owe „ogryzki" miały tylko odroczony wyrok, do czasu przesiedlenia lokatorów do nowych domów.

Raczej rzadko zdarzało się, że na pozostawionych murach parteru wznoszono nowy budynek. Takie hybrydy można zobaczyć w Śródmieściu, np. przy ul. Czackiego 19 czy Emilii Plater 8.

Znacznie częstszym widokiem są kamienice obniżone lub samotne oficyny, kryjące się za powojennymi pierzejami ulic. Czasami państwowe instytucje odbudowywały prywatną kamienicę (odkupioną lub zawłaszczoną), w wielu przypadkach poddając fasadę tzw. modernizacji, czyli procesowi usunięcia całej dekoracji. Takie „gołe" elewacje, których tynki ożywiono co najwyżej pasami boniowania i prostymi opaskami okiennymi, tworzą dziś całe odcinki pierzei ulic Śródmieścia Południowego: Wilczej, Hożej, Wspólnej czy Poznańskiej.

Czynnik urbanistyczny był oficjalnie deklarowaną przyczyną wydania przez Bolesława Bieruta osławionego dekretu o komu­nalizacji gruntów w granicach miasta. Ten akt prawny miał otwierać drogę do nieskrępowanych działań w skali urbanistycznej, niezbędnych podczas odbudowy, przebudowy i rozbudowy Warszawy. Wskazywano, że przed wojną inwestycje miejskie, prowadzone nawet w relatywnie niedużej skali, napotykały na trudności związane z koniecznością wykupu poszczególnych posesji. Nie do końca była to prawda. Z takimi problemami borykamy się w naszych czasach, ale za komisarycznej prezydentury Stefana Starzyńskiego było możliwe przymusowe wywłaszczenie za odszkodowaniem, którego wysokości właściciel mógł dochodzić przed sądem.

Pewną przeszkodą w wykonalności dekretu bierutowskiego było to, że

ul. Ogrodowa 28  1945 r.

na skomunalizowanych posesjach własnością prywatną pozostawały same budynki i tu osławiony akt prawny odsłaniał złowrogie oblicze. Wystarczyło dom zburzyć - pod nieobecność właściciela, albo pod pretekstem niewłaściwego zabezpieczenia murów - aby dekret zadziałał i kamienicznik pozostawał z niczym. Bywały i inne preteksty. Publicyści piszący pod reżimowe zamówienie, atakowali prywatnych właścicieli np. na Nowym Świecie, że odbudowują sklepy, a nie mieszkania. Nazywani „prywatną inicjatywą", kupcy i kamienicznicy byli opluwani na wszelkie możliwe sposoby, oskarżani o paskarskie ceny, malwersacje i spekulacje oraz gnębieni kontrolami i domiarami. Władze miały za nic argumentację, że aby odbudować dom, najpierw trzeba zarobić, wynajmując wyremontowane pomieszczenia i takiego zaradnego właściciela szybko stawiały pod ścianą, wydając nakaz odbudowy w niemożliwym do wykonania terminie, a następnie karały odebraniem domu. Oficjalnie, w pierwszych powojennych latach reżim nie przyznawał się, że jednym z jego celów jest zniszczenie sektora prywatnego handlu i usług, ale czasami dało się to zauważyć w wypowiedzi np. inż. Władysława Panczakiewicza podczas narady Wydziału Urbanistyki BOS, w której nawoływał do wyburzania zachowanych kamienic w rejonie pl. Unii Lubelskiej, aby nie zagnieździła się tam na powrót „prywatna inicjatywa", dążąca do przywrócenia miastu przedwojennego oblicza! Tak więc razem z dekretem zadziałał czynnik ideowo-polityczny, który przejawiał się także w kampanii zohydzania i niszczenia nie tylko własności prywatnej, ale i samych kamienic. Warszawska czynszówka stała się dla propagandy niemal wrogiem publicznym numer jeden. Z grozą opisywano mroczne podwórza, studnie otoczone gąszczem oficyn, niedostatek powietrza, wilgotne sutereny i zimne poddasza, skrajne przeludnienie, brak urządzeń sanitarnych itp. Oczywiście była to gruba przesada, a argumenty te dotyczyły głównie kamienic budowanych na peryferiach wiecznego miasta i w ogromnej części zmiecionych z powierzchni ziemi podczas wojny. Skoro jednak największym złem były owe pozbawione dziennego światła oficyny, to dlaczego najpierw wzięto się za fasady i całe domy frontowe? Przecież można je było odbudowywać bez oficyn i przy niektórych ulicach, nie tylko zabytkowych (Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, Miodowa), tak właśnie czyniono, co widać np. na ul. Miedzianej, przy której domy reprezentowały gorszy standard od śródmiejskiego, a mimo to stoją do dziś. Doktrynerom przeszkadzała więc bardziej sama koncepcja tradycyjnego miasta z obrzeżnie obudowanymi ulicami i nie mówimy tu przecież o epoce „kwitnącego" stalinizmu, tylko o wcześniejszych czasach, w których życie codzienne toczyło się jeszcze w miarę normalnie.

Artykuł jest fragmentem eseju Jarosława Zielińskiego, który zostanie zamieszczony w siódmym tomie Korzeni miasto - cyklu zapoczątkowanym jako zbiór felietonów wybitnego varsavianisty Jerzego Kasprzyckiego, a po jego śmierci kontynuowanym przez innycb znawców tematu. Najnowszy tom będzie pracą zbiorową, kreślącą panoramę Warszawy powojennej. Do jej stworzenia zaproszeni zostali, obok Jarosława Zielińskiego, Andrzej Dobosz, Tadeusz Górny, Zbigniew Jerzyna, Zofia Kucówna, Marek Nowakowski, Agnieszka Rybak, Danuta Szmit-Zawierucha. Korzenie miasta przygotowuje do wydania wydawnictwo Veda.


Źródło: STOLICA 2-3/2009