Ostańce - Kamienice warszawskie i ich mieszkańcy
Magdalenia Stopa, której książka „Ostańce" otrzymała tytuł Najlepsze Varsaviana 2010-2011 oraz tegoroczną Nagrodę Literackę m.st. Warszawy w kategorii edycja
warszawska, planuje wydanie drugiego tomu o warszawskich kamienicach i ich mieszkańcach.
Mamy przyjemność przedstawić jego fragment

Na Próżnej 14

Józef Sharfman urodził się w 1915 r. w Warszawie. Z wykształcenia jest handlowcem i elektromechanikiem. W kamienicy przy Próżnej 14 mieszkał
od urodzenia do 1939 r. Przed wojną związany był z młodzieżowym ruchem komunistycznym..
W 1947 r. wyjechał do Izraela. Ma jednego syna, czterech wnuków i ośmiu prawnuków.

Przy ulicy Próżnej przetrwały cztery kamienice, pod numerami 7,9,12 i 14. Tworzą jedyną zachowaną do dziś ulicę z terenu warszawskiego getta o obustronnej zabudowie.
Mimo że w 1987 r. zostały wpisane do rejestru zabytków, pozbawione tynków i większości dekoracji, straszą gołą, poczerniałą cegłą i oknami zabitymi dyktą. Zamieszkany jest jedynie dom pod numerem 12, pozostałe trzy od lat stoją puste. Kilka lat temu podczas festiwalu Warszawa Singera w oknach zawieszono powiększenia fotograficznych portretów, przypominające o rzedwojennych, żydowskich mieszkańcach Próżnej.

Rodzina Sharfmanów

Józef Sharfman urodził się w 1915 r. Do 1939 r. mieszkał przy Próżnej 14, gdzie jego ojciec miał sklep spożywczy. Jest jedynym żyjącym przedwojennym mieszkańcem tego domu.
- W kamienicy było dużo sklepów i wszyscy ich właściciele mieszkali w tym domu - opowiada. - Sklep ojca był z prawej strony bramy.
Mój ojciec Jakub Sharfman był pobożnym Żydem, przestrzegał koszeni, szabasu, wieczornej modlitwy. Urodził się w Biłgoraju, podobnie jak mama Rachela, ale wszystkie ich dzieci już w Warszawie. A dzieci było dużo. Pierwsza urodziła się moja siostra Rajzel. Jak wojna wybuchła, miała trzydzieści osiem lat i dwoje dzieci, nazywała się po mężu Kornfeld. Potem brat Sander, po nim siostra Fajga. Fela urodziła się w dwunastym roku, gdy wojna wybuchła, też była już zamężna i też miała dwoje dzieci, nazwisko Urbach. Następnie urodziłem się ja, w piętnastym roku. Rok i trzy miesiące po mnie Mosze, Mietek. Potem jeszcze Haja i Golda, a w dwudziestym dziewiątym najmłodszy Arończyk, Aron. Gdy wojna wybuchła, miał dziesięć lat.

Wszyscy mieszkaliśmy na czwartym piętrze. Trzy pokoje z wielką kuchnią, służbówką i spiżarnią. Łazienki nie mieliśmy, tylko ubikację, ale była bieżąca woda, kanalizacja, poza tym elektryczność i gaz. W stołowym stał olbrzymi stół i jeszcze dwa łóżka, w ciągu dnia zasłonięte. W największym pokoju spali rodzice i troje najmniejszych dzieci, stała tam też szafa z dużym lustrem. Ja z braćmi mieszkałem w trzecim pokoju. Spośród całej tej rodziny tylko ja przeżyłem wojnę...

W kamienicy Wolanowskiego w książce „Próżna. Ocalona ulica żydowskiej Warszawy" Janusz Sujecki pisze: W1900 r. wznosiła sięjuż w tym miejscu imponująca, czteropiętrowa czynszówka o ściętym narożniku. Nosiła numery Próżna 14 i pl Grzybowski 6. Autorem projektu byłprawdopodobnie Franciszek Brauman. (...) Na „frontowych" klatkach schodowych zachowały się posadzki wykonane przez firmę M. Blumsztein i Syn, sztukatorskie dekoracje i schody z białego marmuru wraz z ręcznie kutymi balustradami. Wspaniałe balustrady balkonów trzeciego piętra były również dziełem kowali. Przejazd bramy wybrukowany został dębową kostką. Efektowny dom, miał dwie elewacje i dwie bramy, jedną od Próżnej, a drugą od strony placu Grzybowskiego. Należał do Majera Wolanowskiego, właściciela fabryki wyrobów metalowych: gwoździ, drutu, śrub, łańcuchów. Po jego śmierci, w 1900 r. kamienicę odziedziczyły
dzieci: Izrael i Chana z Wolanowskich Graff.

To była zamożna rodzina, Izrael Wolanowski to był bogaty człowiek, jeździł czarnym mercedesem z kierowcą, samochód uruchamiano oczy wiście na korbę - wspomina Józef Sharfman. - Jego ojciec, bardzo nabożny, dlatego w naszym domu działała sala do modlitwy, a w piwnicy mykwa. Kilka lat temu, jak przyjechałem do Warszawy, poszedłem na cmentarz na Gęsią. Pomniki tej rodziny stoją tak jak dawniej, jakby nic się nie stało, wysokie na dwa i pół metra. Po grobach moich dziadków, w Biłgoraju, żaden ślad nie pozostał. Wolanowscy mieszkali w swojej kamienicy, podobnie jak właściciele działających tu sklepów. A było ich sporo. Sklep z blachą - właściciel nazywał się Lebensold, mieszkał piętro niżej, pod nami. Obok - artykuły mleczne, sery, mleko, jajka. Dalej mały sklepik z papierosami, zapalniczkami i kartami do gry, prowadzony przez starszą parę. I jeszcze rymarz, Mordka Berghauer. Na rogu - konfekcja
żelazna, Schlossberga. Vis-a-vis, w kamienicy pod dziewiątką, Boruch Cukierman też handlował żelaznymi rzeczami - bardzo duża firma!
Z kolei pod siódemką Blumenfeld Ignac, po żydowsku Ice, miał restaurację.

Mój ojciec po przyjeździe do Warszawy, zanim jeszcze założył własny sklep, przez kilka lat pracował u niego jako kelner. Ten człowiek był bardzo tęgi, można powiedzieć, że szerszy niż wyższy, ale o złotym sercu. Miał dwóch synów w moim wieku, takich chłopców, którzy niczego się nie bali. Chodziłem z nimi w różne miejsca, na przykład do cyrku na Ordynacką. Sam bym się bal, to już dzielnica polska, a wtedy, jak po ulicy szedł młody Żyd, a naprzeciwko jakiś polski chłopak, to zawsze coś się działo. Łatwo było oberwać. Ale przy nich nikt nie zaczepiał. W ogóle relacje z sąsiadami mieliśmy zażyłe, wszyscy się odwiedzali. Nasze mieszkanie było spore jak na tamte czasy, ale podczas Purim, najważniejszego święta u Żydów, gości mieliśmy tak dużo, że nie mieścili się przy stole,
musieli stać. A czasem to już nawet nie było gdzie stać. Pamiętam nasze ostatnie Purim w trzydziesty dziewiątym roku. Chciałem kupić dla ojca wino z Palestyny, koszerne. Długo szukałem, w końcu znalazłem na Twardej kolo Mariańskiej. Tam działał wielki sklep z winami, z Francji, Hiszpanii i były też z Palestyny. A siostra, już zamężna, przyniosła tort.
Pięciopiętrowy! Każde piętro coraz mniejsze, a między jednym a drugim napisała życzenia. Purim to dla Żydów bardzo wesołe święto.

Ulica getta

We wrześniu 1939 r. Józef Szarfman miał dwadzieścia cztery lata. - Siódmego września razem z bratem wyjechaliśmy z Warszawy, dotarliśmy do Białegostoku, a potem do Kowla. Panował tam straszny zamęt, przetaczały się ludzkie rzesze, ale jednocześnie można było działem rodzicom, że powinniśmy wyjechać do Rosji. Nie chcieli.
Tylko Mietek, młodszy brat, był chętny. Poszliśmy nawet do szewca, wszył nam złoto do butów, żebyśmy mieli tam z czego żyć. Ojciec się jednak nie zgodził i brat się ojca posłuchał. A ja powiedziałem, że jadę. Zabrałem z sobą różne rzeczy, między innymi kilkadziesiąt zestawów szewskich narzędzi, bardzo były tam chodliwe. Przeżyłem.
W listopadzie 1940 r. Niemcy postawili mur u wylotu ulicy, przy Marszałkowskiej, i włączyli Próżną w obręb getta. Wkrótce mur został przesunięty, stanął przy Zielnej. Kilka miesięcy później, w kwietniu 1941 r., ulica znalazła się już w całości poza dzielnicą zamkniętą. Wszyscy Żydzi musieli ją opuścić.

Podczas Powstania Warszawskiego w sąsiedztwie Próżnej, przy Zielnej, trwały słynne walki o gmach PAST-y. W poprzek ulicy, blisko placu Grzybowskiego, stanęła barykada. Kamienica Wolańskiego została częściowo zburzona, mieściła się w niej kwatera 9. kompanii baonu „Kiliński". Zabudowa ulicy przetrwała, choć część domów spłonęła.

Między 1945 a 1946 r. Biuro Odbudowy Stolicy rozebrało wszystkie wypalone budynki między Marszałkowską a Zielną. Ten odcinek ulicy przestał istnieć.
- Do Polski wróciłem w czterdziestym szóstym roku. Gdy przyszedłem na Próżną, żył jeszcze Paweł, nasz dozorca. W kamienicy były dwa wejścia, jedno od Próżnej, drugie z placu Grzybowskiego, i każde miało swojego stróża. Obaj Polacy: Ignac i Paweł. Paweł był stróżem na Próżnej, jeszcze zanim się urodziłem. Jak mnie zobaczył, to zaczął tak płakać, że nie mogłem go uspokoić. Powiedział mi wówczas, że jestem jedyny z całego domu, który wrócił. Skoro do czterdziestego szóstego roku nikt nie przyjechał, a było tam ponad pięćdziesiąt mieszkań, to
przypuszczam, że raczej nikt nie przeżył. Paweł też stracił rodzinę. Mieczysław, jego syn, rok czy dwa starszy ode mnie, zginął podczas powstania, żona została zabita, gdy wychodzili z
palącej się Warszawy. Została mu tylko córka. Miała na szczęście dwoje dzieci. Z mojej rodziny nie przeżył nikt, ani rodzice, ani rodzeństwo. Zginęli też babcia i dziadek, z jednej i z drugiej strony, oraz rodzeństwo rodziców. Oprócz mnie tylko jeden wujek uciekł do Rosji i on jeden się ostał.

Walka o remont

Po wojnie kamienice przy Próżnej przeszły na własność Skarbu Państwa. Zbito z nich sztukatorski wystrój. Sukcesywnie z każdym rokiem popadały w coraz większą dewastację. W latach 50. Leopold Tyrmand pisał w „Złym": Próżna, ulica krótka i wąska, zachowała ze zniszczeń kilka kamienic w całości. Były to secesyjne, czarno-szare czynszówki, pełne balustrad i gzymsów, teraz odrapane, świecące nagą cegłą i obtłuczonym tynkiem, przygnębiające spękanym szychem wykładanych ongiś kolorowymi kafelkami bram. Były tu większe sklepy prywatne i spółdzielnie usługowe zajmujące się handlem częściami samochodowymi, naprawą maszyn do pisania, sprzedażą opon i wulkanizacją dętek. Od lat żaden z tych sklepików nie działa. W prasie pojawiają się alarmujące artykuły. Już sama lektura tytułów budzi przygnębienie: „Zabytek do rozbiórki", „Kamienice czekają na zmiłowanie", „Próżne nadzieje na lepsze czasy", „ Próżna w próżni", „Wciąż bliżej Hitchcocka niż Singera", „Grabienie Próżnej". Ten ostatni, Tomasza Urzykowskiego, ukazał się w „Gazecie Stołecznej" w 2005 r. i dotyczy Próżnej 14:

Należącego do miasta cennego domu nikt nie pilnuje. Urzędnicy myślą tylko, jak się pozbyć problemu. (...) Pozbawiony tynków czteropiętrowy dom jeszcze w sierpniu miał piękne, ręcznie kute żelazne balustrady. Zachowały się na dwóch klatkach schodowych. Dziś pozostały po nich tylko proste pręty. (...) Budynek został nie tylko okradziony, ale też zdemolowany. Połamane są drzwi do mieszkań, rozbite szczyty ozdobnych pieców, potłuczone marmurowe stopnie w głównej klatce schodowej. W pomieszczeniach walają się sterty śmieci. Dwie kamienice po parzystej stronie, pod numerami 12 i 14, należą dziś do miasta, pozostałe, 7 i 9, jeszcze w latach 90. kupiła fundacja założona przez Ronalda S. Laudera. Miała wyremontować swoje kamienice i fasady domów należących do miasta. Do remontu nie doszło, budynki odkupiła austriacka firma Warimpex. Chciała je podwyższyć, twierdząc, że tylko z dodatkową kondygnacją przedsięwzięcie będzie opłacalne. Nie zgodził się na to wojewódzki konserwator zabytków, protestowały też organizacje broniące zabytków oraz instytucje żydowskie. Zapowiadany na 2006 r. remont się nie rozpoczął.
Ostatnio jednak znowu coś drgnęło. Kamienice pod numerem 7 i 9 oplotły metalowe konstrukcje. - W latach 80. śniło mi się, że chodziłem Próżną i widziałem rusztowania - mówi Janusz Sujecki, który o remont ulicy walczył ponad 20 lat. - Teraz to się spełni!

Mimo opłakanego stanu ulicy, od 2004 r. odbywa się tu Festiwal Kultury Żydowskiej Warszawa Singera. Na kilka dni miejsce ożywa, organizowane są koncerty, spektakle, warsztaty tańca.
- Cztery lata temu byłem w warszawie podczas tego festiwalu. Miałem wówczas dziewięćdziesiąt dwa lata, teraz mam dziewięćdziesiąt sześć. Poszedłem na Próżną. Były tam setki Polaków, którzy śpiewali piosenki żydowskie, cała ulica Próżna śpiewała, cały plac Grzybowski śpiewał. Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. Nie mogłem w to uwierzyć.

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

Źródło: STOLICA listopad 2011