Kamienica Krystiana Scholtza przy Ogrodowej 28.. 1927 r.
 
PEREŁKA Z ULICY OGRODOWEJ  - Jarosław Zieliński
 

Ulica Ogrodowa, wytyczona w 1770 r., zawsze pozostawała w cieniu pobliskich, ważnych arterii komunikacyjnych, takich jak Chłodna czy Leszno (dziś aleja Solidarności), które już w tamtych czasach pyszniły się wieloma budowlami murowanymi. Na Ogrodowej dominowały drewniane domy i dworki, gęsto przetykane zielenią ogrodów, od których ulica wzięła swą nazwę. Wtedy jednak wkroczył tu przemysł, który w XIX i XX wieku odegrał istotną rolę w dziejach ulicy. Początkowo był reprezentowany przez trzy małe browary, do których w 1806 r. dołączyła garbarnia Jana Temlera (nr 13/15), zlokalizowana u zbiegu z ulicą Białą.

W epoce konstytucyjnego Królestwa Polskiego (1815-1830) ulicę Ogrodową w zasadzie ominął wielki ruch budowlany całkowicie przeobrażający ważniejsze ulice miasta. Wzniesiono tylko jedną prawdziwie wielkomiejską, choć zaledwie jednopiętrową kamienicę (nr 42) oraz kilka skromniejszych budynków murowanych. Po powstaniu listopadowym tempo wymiany zabudowy przez długi czas było nadal niemrawe, niemniej do połowy stulecia powstało osiem piętrowych kamienic. Wśród nich urodą wyróżniał się dom Krystiana Scholtza pod numerem 28, wystawiony przed 1838 r. Utrzymany w wychodzących już z mody formach późnego klasycyzmu, uzyskał monumentalną fasadę, której dwupiętrowy, centralny ryzalit opięto pilastrami o nieco dziwacznych głowicach. Na fotografii wykonanej w 1927 r. dom jest już wyraźnie zaniedbany, a tworzący zbiegowisko ludzie ubrani z reguły ubogo. Nawiasem mówiąc, na ulicach położonych bliżej śródmieścia aparat fotograficzny nie wywoływał w tamtych czasach żadnej sensacji, ale w zapadłych czeluściach Ogrodowej - i owszem! W grupie gapiów z pewnością dominują robotnicy zatrudnieni w okolicznych zakładach, drobni rzemieślnicy i kupcy, a także gospodynie domowe. O niskim poziomie zamożności tej robociarskiej okolicy świadczą też liche szyldy miejscowych „interesów" - pracowni ubiorów, pracowni szczotek i pralni. Aż do naszych dni przetrwały fragmenty nawierzchni z „kocich łbów", które przed wojną pokrywały niemal całą ulicę, z wyjątkiem jej początkowego odcinka.

W drugiej połowie XIX wieku dzielnice północna i zachodnia weszły w fazę masowego budownictwa czynszowego i przemysłowego. Każdego roku wznoszono setki tandetnie wykonanych, kilkupiętrowych kamienic, zdobionych zazwyczaj gipsowymi odlewami. Na wielu posesjach za ceglanymi murami dymiły fabryczne kominy. Starsze kamieniczki jakby zapadły się w ziemię między szczytowymi, ślepymi ścianami swych znacznie bardziej wybujałych sąsiadek. Część tych reliktów minionej epoki wyburzono, inne zaś bezpardonowo nadbudowano i przekształcono, upodabniając do otoczenia. Kamienica Scholtza miała więcej szczęścia i już w okresie międzywojennym była postrzegana jako szacowny zabytek, czego dowodem jest staranne utrwalenie jej na niniejszym zdjęciu.

W sierpniu 1944 r. Niemcy spalili całą zabudowę ulicy i wymordowali większość jej mieszkańców. Spłonęła także piękna kamieniczka Scholtza, ale jej solidne mury wraz z dekoracją przetrwały pożogę i wydawało się, że bez większych problemów da się dom odbudowć.

Stało się jednak inaczej i choć początkowo historyczną pamiątkę oszczędzono, wyburzając w 1946 r. całe ciągi młodszych od niej czynszówek, to w końcu podzieliła ona ich los, jak inne zabytki z Chłodnej, Elektoralnej czy Orlej, których odbudowa przestała już być przydatnym narzędziem propagandowym dla komunistycznej władzy.


Źródło: