Krzysztof Ronka  napisał
Na pewno wszyscy pamiętamy, z czasów dzieciństwa i młodości mleko dostarczane pod drzwi mieszkania. Wystarczyło rano wychylić sie za drzwi i sięgnąć po butelkę z mlekiem lub dwie. Ilość zależała od złożonego zamówienia. Nic tak nie smakowało jak łyk świeżego chłodnego mleka wypitego wprost z butelki, mimo ciągłych upomnień mamy: “nie pij z butelki, nalej sobie do szklanki”.

Butelki na mleko były wykonane z grubościennego szkła i trochę ważyły. Litr mleka “podchodził” dokładnie na 2 cm poniżej wlewu. Napełniona butelka była kapslowana sreberkiem z wyciśniętą nazwą mleczarni oraz data ważności mleka do konsumpcji. Były też butelki zamykane zwykłą kartonową zatyczką w kształcie koła o średnicy około 4-5 centymetrów, praktycznie bez żadnej informacji o producencie. To zamknięcie było bardzo nietrwale.

Roznoszeniem mleka pod drzwi zwyczajowo trudnili się sie gospodarze bloku przy pomocy rodziny i przyjaciół. Program porannej dystrybucji mleka przy Ogrodowej 3 miał latami stałą procedurę. Gdzieś około 4.30 – 4.40 zajeżdżała na podwórko ciężarówka marki Star załadowana “pod niebo” drucianymi skrzynkami z mlekiem. Kierowca z pomocnikiem sprawnie zrzucali pod klatką dozorcy ilość skrzynek z zamówioną przez blok dzienną dostawą mleka. Zachowywali się przy tym raczej swobodnie, tak, aby ich poranna wymiana zdań na różne tematy nie została zagłuszona pracą silnika i aby przypadkiem mleczarz nie zaspal. Wielu mieszkańcom, którzy musieli wcześnie wstawać, poranny rozładunek mleka zastępował korzystanie z budzika. Rozładunek skrzynek przebiegał bardzo sprawnie i nie trwał dłużej niż 3-4 minuty.

Kilka minut po odjeździe Stara, przy stercie skrzynek pojawiał się naczelny roznosiciel w osobie gospodarza domu, lub członek zespołu roznosicieli mleka, asygnowany do pracy w danym dniu, uzbrojony w dwa drewniane nosidła, każde mieszczące 10 butelek. Po ich załadowaniu, mleczarz rozpoczynał poranny obchód wszystkich klatek. Windą wjeżdżał na ostatnie piąte piętro a następnie schodami przemieszczał sie na dół zostawiając na każdym piętrze pod drzwiami butelki z mlekiem. W ich miejsce do nosideł zbierał puste wystawione przez lokatorów poprzedniego wieczoru. Gdy ktoś zapomniał, to tak długo łomotał do drzwi aż roztargniony lokator oddał puste butelki. Sztuka musiała sie zgadzać. Ilość dostarczonych pełnych butelek musiały się zgadzać z odebraną ilością pustych.

Roznoszenie mleka nie było łatwym zajęciem. Nosidła załadowane do pełna trochę ważyły. Więc czym było niżej i lżej do dźwigania, tym też lżej i radośniej na duszy robiło się mleczarzowi. Swoje zadowolenie wyrażał bądź głośnymi rozmowami prowadzonymi samemu z sobą, czasami porannymi przyśpiewkami, okazjonalnie przeklinaniem, narzekaniem na swój nieszczęsny los, albo na lokatorów, których akurat nie darzył sympatią. Bywało, ze również męczył kac “po wczorajszym”.

I tak się działo każdego dnia z wyjątkiem niedziel. Nie było niedzielnych dostaw świeżego mleka

Skąd ten może nieco przydługi wstęp? Juz wyjaśniam.

Nie wszyscy musieli wstawać o “mlecznej godzinie” wiec poranny harmider czyniony przez wóz dostawczy i roznosiciela (albo roznosicieli, gdy pracowali w zespole) ludziom szarpał nerwy. Wielu mieszkańców prosiło o zachowanie spokoju. Niestety, grzeczne i taktowne prośby, czy argumenty “dzieci jeszcze śpią” absolutnie nie trafiały do przekonania. Również nie skutkowały uwagi wyrażone tonem stanowczym i językiem – wydawało się – zrozumiałym dla cieci obytych z folklorem warszawskim. Lokator swoje a cieć-roznosiciel swoje.

Nie mając wyjścia na tak silny opór materii, nie pozostawało nic innego jak, z czasem, jakoś się przyzwyczaić do wczesno porannego trzaśnięcia drzwi windy na piętrze, brzdęku odstawianych butelek, trzaśnięcia drzwi na klatce czy porannej głośnej rozmowy nieczęsto przeplatanej sążnistymi przerywnikami. Okoliczności wymuszały takie akurat postępowanie a nie inne. Przeprowadzka z powodu uciążliwości wynikających z porannych dostaw mleka, w tamtych czasach, nie wchodziła w rachubę.

Co to znaczy dostarczone mleko pod drzwi mieszkania, to doceniam dzisiaj, gdy czasami muszę drałować do sklepiku za rogiem a się zwyczajnie nie chce gdyż akurat się rozpadało i to niezależnie od faktu, że w tym celu trzeba zejść z trzeciego piętra i powtórnie wejść na górę a w blokach trzypiętrowych wind nie instalują.

Z perspektywy juz ponad ćwierćwiecza, myślę, ze ta poranna dostawa świeżego mleka była wygodna dla wszystkich. Dlatego tez, w końcu mieszkańcy machnęli ręką na niedogodności dające się we znaki szczególnie latem oraz w ciepłe wiosenne czy jesienne dni, gdy się śpi przy otwartych oknach.

Znalazła się jednak jedna nadwrażliwa lokatorka. Poranny roznosicielski rwetes doprowadzał ją do szału i za nic nie chciała zrozumieć, że tak jak jest, jest dobrze, i lepiej być nie może. Lokatorka poczuła w sobie powołanie do wielkich zadań społecznych i, metodą indywidualnych rozmów “od drzwi do drzwi”, przypadkowych spotkań na klatce czy przy okazji trzepania dywanów zaczęła prowadzić kampanię w sprawie zastąpienia naszego ciecia-mleczarza z rodziną and company przez kogoś innego. Nowy mleczarz czy mleczarka miałby być osobą powszechnie znaną, szanowaną, kulturalną, grzeczną, uprzejmą i wypełniającą swoje poranne obowiązki cicho, szybko i punktualnie.

Większość osób zagadywanych temat w ogóle nie interesował. Część patrzyła na kobietę z politowaniem, część z pytaniem w zdziwionych oczach czy ona nie ma innych zmartwień? Z kolei byli też i tacy, co uważali, że za tym wszystkim kryje się jakaś szemrana prowokacja mająca generalnie “ukatrupić” naszego ciecia i jego rodzinę. Bo cieć, jaki był to każdy wiedział a następny mógłby być gorszy.

“Społecznica” wykazała się naiwnością sądząc, że cieć nie dowie się o jej knowaniach. A jakże, dowiedział się i to szybko. A że miał swój “cieciowski” honor to zaczął kobiecinie “robić wbrew”. A to załomotał do jej drzwi informując ”butelki pani nie wystawiła”. Gdy mu pokazała palcem butelkę u jego stóp dodając „potyka się pan o nią”, to odrzekł. “ooo przepraszam nie zauważyłem”. Innym razem już przy wejściu na klatkę zwykł śpiewać “Z…ska ty stary rowerze, już tylko pedałów ci brak.” lub gadał do klamki: “do d….też ci się dobierzem….”. wiedząc, ze Z. czai się akurat za drzwiami. Dzieciaki ciecia sobie używały krzycząc za kobietą: “Z…ska z rana niewyspana po wizycie pana Jana”. Wykonywali też czasami za jej plecami obsceniczne gesty.

Jakkolwiek cieciowe pogrywki nie u wszystkich zyskiwały poklask, to przeważała opinia, ze “baba ma za swoje”. Jednak z czasem, intensywność takich zachowań - ignorowanych przez atakowaną - przeniosła sympatie ogółu na “Społecznicę”. Przy czym ciecia i jego ferajny nikt nie ruszał, bo z tą grupą służbową zadzierać po prostu nie warto. Ale czy cieciowi można jakoś popsuć humor? Można.

Pewnej jesiennej nocy sobotnim świtem wracając z kolegą D. z bridge’a wpadł nam do głów szatański pomysł. Za nim rozeszliśmy się do swoich mieszkań, napełniliśmy wodą do pełna z meniksem kilka wystawionych butelek na mleko i odstawiliśmy wybranym lokatorom pod drzwi w 4ch z 5u klatek naszego bloku. Nie tknęliśmy butelki wystawionej przez Z.

I działo się dokładnie tak jak przewidzieliśmy. W momencie, gdy cieć chwytał za szyjkę butelki ruchem wyćwiczonym latami naprężając mięśnie ramienia i przedramienia siłą adekwatną do wagi pustej butelki, to „pusta” butelka, tego właśnie poranka, leciała cieciowi z rąk, tłukła się a woda zalewała piętro i oblewała ciecia, który był akurat “lekko wczorajszy”. Przekleństwa mokrego ciecia mieszały się wymysłami pobudzonych lokatorów, od których… żądał wydania butelek. Ci go wysyłali “do diabla” lub “do czubków”. Wybudzeni ze snu sąsiedzi jeszcze dokładali dozorcy od siebie, psy szczekały, dzieci płakały, kobiety w szlafrokach przekrzykiwały się między piętrami a na dodatek w jednej klatce zepsuła się winda. Tego niezapomnianego poranka, awantur i spięć i wzajemnych wyzwisk było co niemiara. Nigdy też poranna dostawa mleka nie trwała tak długo……