OD SZEWCA DO KSIĘGARZA
 

Nr. 17/1960

Do Warszawy przyjechałem po raz pierwszy na stale pod koniec sierpnia 1936 roku. Zamieszkałem w dużym biało tynkowanym domu na placu Grzybowskim. Na tym zdjęciu go nie widać, znajdował się na prawo od kościoła Wszystkich Świętych, którego dwie wieżyczki majaczą we mgle. Przechodziło się przez trzy podwórza, dość czysto utrzymywane, i na parterze na prawo miałem swój pokój wynajęty u szewca. Miał liczną rodzinę, był raczej zamożny, a warsztat szewski znajdował się gdzieś w okolicy Wielkiej czy Siennej — nie pamiętam. Nie pamiętam też jego nazwiska, mimo że go po wojnie spotkałem przypadkowo na ulicy. Trzeba przyznać, że sam mnie zaczepił, poznał mnie po tylu latach. Mój gospodarz od razu się zorientował, z kim ma do czynienia i co dzień pytał, kiedy dam dokumenty
do meldowania. Dokumenty miały nadejść ze Lwowa. Dlaczego ich nie zabrałem od razu ze sobą?

Kto w ogóle wyjeżdża bez dokumentów? Nie umiałem mu tego wytłumaczyć. Próbowałem go przekonać, że po prostu zapomniałem, że mi się coś pomyliło, ale wyraz twarzy szewca, jego uśmieszek oznaczał:  „Jakiś prowincjał przyjechał nabierać warszawiaka! Ja nie tylko nie wierzę w twoje bujdy, ale nawet wiem. dlaczego nie chcesz się dać zameldować. Jesteś, bratku, politycznie ścigany i myślisz, że u mnie będziesz się mógł zamelinować. Nie, bratku, nie ma głupich!"  I po paru dniach zwrócił mi 15 złotych, tyle zapłaciłem za miesiąc, i bardzo grzecznie poprosił, żebym sobie znalazł pomieszczenie u „towarzyszy". „Oni muszą dodał, a ja nie muszę."

Znalazłem inne lokum, ale oddalone od mojego miejsca pracy. Z placu Grzybowskiego droga trwała pięć minut do „Księgarni Naukowej". Trzeba było tylko przejść przez Próżną na Marszałkowską, minąć sklep Hersego (który znałem z więzienia lwowskiego ze słów piosenki złodziejskiej: „Od Hersego miałaś strój"), ul. Świętokrzyską, gmach PKO, ta witryna z barwnymi o kładkami amerykańskich, angielskich i francuskich czasopism to już było miejsce mojej pracy.

Jak dostałem tę pracę?

Warto opowiedzieć. Miałem się zająć działem przekładów jako kierownik wydawnictwa, a stałem się i to z trudem, ekspedientem. Anons wyczytałem w jakiejś warszawskiej gazecie kiedy byłem jeszcze we Lwowie. Napisałem ofertę i otrzymałem pozytywną odpowiedź. Szczęście moje nie miało granic, zwłaszcza że po opuszczeniu lwowskiego więzienia policja poszukiwała mnie ażeby mnie ulokować w Berezie Kartuskiej. Mogłem więc wyjechać do Warszawy, gdzie mnie policja nie znała i ukrywać się, nie meldując się, jak długo się da. Do pracy w Warszawie miałem się stawić z końcem sierpnia. Na razie był początek lipca. We Lwowie niebezpiecznie było zostać, schroniłem się więc w Jaremczu u znajomych, a właściwie u pani u której mieszkałem we Lwowie i która przez lato dzierżawiła w Jaremczu pensjonat. W lwowskim mieszkaniu nikt nie został i przez trzy miesiące stało zamknięte.

Z Jaremcza bezpośrednio, nie zatrzymując się we Lwowie, przybyłem do Warszawy. Pieniądze na podróż pożyczyłem na konto pierwszej pensji. Z po
ciągu z walizeczką w ręku ruszyłem do Księgami Naukowej. Właściciel, pan Orenstein, przywitał mnie bardzo grzecznie, ale jeszcze bardziej zakłopotany.
Wyciągnął z szuflady zwrócone trzy listy, na których widniał mój adres lwowski oraz napis „adresata nie ma". Treść wszystkich trzech listów była jednakowa, zabójcza. Pan Orenslein cofał swoją ofertę. Byłem zdruzgotany. To było dla mnie równoznaczne z wyrokiem śmierci.

W liście były wyłuszczone powody, ale mnie nic już nie obchodziło. Co robić? Wracać do Lwowa? Zostać w Warszawie? Bez pieniędzy? Bez żadnych znajomych? Orenstein ofiarował mi pieniądze na powrót. Mówił, że mu przykro.
-Ach. tak! Ty przebrzydły wyzyskiwaczu!
Chciałem zastosować jakiś argument z dziedziny walki klas. ale jak biblijna oślica Balaama powiedziałem zupełnie coś innego.
Mianowicie, że do Lwowa nie mogę wrócić. Spojrzał nu mnie, jakby się zaczął domyślać, dlaczego. Ale nic nic powiedział, a ja wykorzystałem tę chwilę milczenia i dodałem, że gotów jestem u niego pracować w jakimkolwiek charakterze i za każdą, najmniejszą nawet, zapłatę. Znowu nastąpiło milczenie, wreszcie padło pytanie: „ile?"

"Sto złotych miesięcznie" - brzmiała moja odpowiedź.

Propozycja została przyjęta i nigdy już polem nie doznałem tak silnego wzruszenia. To było szczęście! Czułem się uratowany! Z początku pracowałem jako ekspedient w sklepie sprzedając szkolne książki we wzmożonym okrasie zakupów w ostatnich dniach sierpnia i pierwszych dniach września, a potem stałem się specem od książek medycznych. Jeszcze dziś w Warszawie spotykam od czasu do czasu lekarzy, którzy pamiętają mnie, jak przynosiłem medyczne publikacje krajowe i zagraniczne do szpitali na Czyslem, na Woli, Dzieciątka Jezus. Św. Ducha, Św. Józefa i innych. Ale zawsze, kiedy nadchodził wrzesień pan Orenstein „wypożyczał" mnie, ażebym pomagał przy sprzedawaniu książek szkolnych. Aż przyszedł taki jeden wrzesień, kiedy się już nie sprzedawało uczniom książek. Wraz z panem Orensteinem wyszliśmy z Warszawy. Ale po drodze podczas jednego z nalotów pogubiliśmy się. Wiem, że dostał się do Lwowa, a potem zginął w getcie podczas okupacji.
Zawsze wspominam go z sentymentem, bo gdyby nie on, cóż bym był począł wtedy w wielkim obcym mieście?

Po okupacji wróciłem do Warszawy. Na próżno szukałem śladów niedawnej przeszłości. I raz podczas takiej mojej wędrówki po zgliszczach ktoś mnie zatrzymał. Nieznajomy cieszył się, że przeżyłem okupację. Poznałem mojego rozmówcę dopiero, kiedy spytał pół żartem, pól serio:
— A teraz pan masz swoje dokumenty ze sobą?
Byl to szewc z placu Grzybowskiego.

JULIAN STRYJKOWSKI


Źródło:  http://publikacje.koszykowa.pl/Stolica/1960_nr_01-52/Stolica_1960_nr_17_24.04_s_1-24/Publikacja.html   Str.21