Życie Warszawy - WARSZAWSKIE POŻEGNANIA NR. 513

Upojny zapach kawy – Jerzy Kasprzycki rys. Marian Stępień

Jeżeli nawet nie wszyscy lubią pić kawę, to chyba każdemu przypadł do gustu zapach świeżo upalonego, ziarna  kawowego. Warszawiacy starszej daty pamiętają sprzed wojny liczne wonne sklepy firmy "Pluton", rozrzucone po całym śródmieściu zalecające się również wzrokowi estetyką swoich witryn. Po wojnie w nowej Warszawie można było napawać się jeszcze przed kilkunastu laty silnym aromatem świeżej kawy w okolicach palarni przy „Supersamie? i przy „Delikatesach". Potem palarnie zniknęły ze śródmieścia podobno przeciwko „smrodowi" protestowali mieszkańcy sąsiednich domów. Po „Plutonie” pozostała tylko ciekawa  monografia „Kawa po warszawsku", autorstwa ostatniego właściciela firmy, Kordiana Tarasiewicza, który „Pożegnaniom"   wskazał jedyny dziś materialny jej ślad budynek przy ul. Grzybowskiej 37.

Ulica Grzybowska była przed laty główną przemysłowo-handlową arterią Warszawy. Już w XVIIIw. naliczono tu kilkanaście browarów, gorzelni, szynków, „izb piwnych", młynów, suszarni słodu. W następnych okresach zmieniała się struktura branżowa tego przemysłu i handlu, zmieniała się też struktura ludnościowa tej ulicy.

Po stu latach tylko jedna posesja pozostawała własnością wciąż tej samej rodziny Maliszewskich, inne przeszły stopniowo: od Waslelewskich do Zylberholców, od Ryczywolskich do Centnerszwerów od Jełenleckich do Papierblattów.

Po pierwszej wojnie światowej pewnemu wzmocnieniu uległ żywioł czysto polski, ale aż do ostatniej wojny Grzybowska pozostała  jakby wielką rzeką, do której wpadały i w które i mieszały się liczne dopływy wielu specjalności zawodowych, narodowości, religii i wyznań.

W 1939r. oficjalne spisy wy­kazywały przy Grzybowskiej ponad 50 większych zakładów przemysłowych, hurtowni i do­mów handlowych, nie licząc kilkuset sklepików i warsztatów" "rzemieślniczych, nie licząc też ogromnego „podziemnego" handlu i pośrednictwa, którego nie ujmowały żadne rejestry podatkowe.

Ograniczę się tylko do przypomnienia kilku najbardziej znanych przedsiębiorstw, po któ­rych w pojedynczych przypadkach pozostały długo w życiu codziennym znaki firmowe, przekształcone w rzeczow­niki. Wytwórnia kleju „Certus" Kóralewicza żyje jeszcze dziś w starszym pokoleniu stolarzy. Nazwa firmowa „Certus" jest synonimem pewnych gatunków kleju wodoodpornego. Firma „Sidol" wytwarzająca płyn do czyszczenia metali, dała nazwę „sidolówkom", granatom konspiracyjnej produkcji, które miały charakterystyczną postać zewnętrzną niewinnych pojemników blaszanych tej firmy.

Zasłużoną sławą cieszyła się fabryka, mebli metalowych Kon­rada Jarnuszkiewicza i spółki. O trwałości wyrobów mówiło warszawskie porzekadło może nawet inspirowane przez działa reklamowy tej firmy: „Urodziłem się szczęśliwie na łóżku od Jarnuszkiewicza, sypiam wygodnie na łóżku żelaznym od Jarnuszkiewicza, chcę umrzeć spokojnie też tylko na tym samym łóżku od Jarnuszkiewicza!".

Przy ulicy Grzybowskiej koncentrowały się firmy branży spożywczej.  Gdy  już miało się przyjemnego kaca po piwie od Haberbuscha i Schielego i po wódce od Geneliego można było się odświeżyć kefirem Dangla i gwarantowanym mlekiem z „Ągrilu”. Wyśmienitego pieczy­wa dostarczał „Złoty Róg" Langego. Musztardę wyrabiał Ma­tęjak z którym w Warszawie mógł konkurować tylko Schweitzer. Największymi  śledziarzami warszawskimi byli bracia Bankier, którzy w swej branży obawiali się jedynie jak wilka obrotnego hurtownika śle­dzi Wolfa Zysmana z Ha­li Mirowskiej. Lojalnie   natomiast  współpracowali z Warchankiem aż z Mszany  Dolne.

Był to typ kupca jak z dialogu „Sęk” w wykonaniu Dżiewońskiego i Michnikowskiegó ….Jak ja mam hurtownię ryb, to muszę, mieć wytwórnię beczek na śledzie, a jak ja mam wytwór­nię  beczek, to muszę też mieć tartak na te deski do tych be­czek. Po co mi kupować te de­ski od kogoś od tartaku co on mi będzie dyktować ceny!?" Rzeczywiście Warchanek reklamował   się ,,całościowo”. „Śledzie, beczułki na konserwy rybne, oraz tartak parowy”….

Bracia Bankier handlowali na samym początku Grzybowskiej, miły skądinąd zapach śledzi nie zakłócał upojnej gamy aroma­tów świeżo upalonej kawy. Posesję przy dalszym odcinku Grzybowskiej objął „Pluton” Tarasiewiczów, firma istniała od 1882r. po fuzji w latach dwudziestych naszego stulecia z podobnym przedsiębiorstwem Wiktora Matyjewicza (dawna „Molinari Kawa"). Widoczny naszym rysunku dom frontem wybudowany został przed ostatnią wojną jako jedna z nielicznych przy Grzybowskiej kamienic nowoczesnych. Za nią w oficynie mieściły się obiekty fabryczne, oczywiście z palarnią kawy.

O niezwykłych dziejach firmy pisze obszernie sam  jej właściciel we wspomnianej książce, więc ograniczę sie tylko do podkreślenia roli „Plutona" w dawnym przemyśle warszawskim jako przedsiębiorstwa czysto krajowego i postępowego! Pan Konrad Tarasiewicz opisuje też osobno burzliwe losy posesji przy ul. Grzybowskiej 37.

Dziś gdy patrzymy na ten skromny dom na tle ogromnych bloków osiedla „Za Żelazną Bramą” warto chyba wyobrazić sobie dla porównania dawno zetlałe ogniu obrazy przeszłości na bardziej zagęszczone zakątki tamtej Warszawy — dramat obszaru getta podczas okupacji hitlerowskiej, dni walki i zniszczeń podczas Powstania Warszawskiego, kiedy posesja „Plutona" była dla powstańców schronem,  twierdzą i magazynem żywnościowym, wreszcie początki odbudowy i budowy. 

Przechodzień nie poczuje dziś upojnego zapachu świeżo palonej kawy, ale znawcę i miłośnika prawdy historycznej przeszyje dreszcz emocji.