Opowieść o starym targowisku - Witold Sadowy STOLICA 10/2008


Targ mięsny
za Żelazną Bramą w 1893 r.
Przed drugą wojną światową w Warszawie, w pobliżu dzisiejszej Hali Mirowskiej, znajdowało się największe targowisko stolicy, przez warszawiaków nazywane halą targową Pod Żelazną Bramą albo Za Żelazną Bramą, ale znane też jako gościnny dwór. Ja sam, kiedy tam bywam, aby zaopatrzyć się w lekarstwa w jednej z najtańszych aptek w stolicy, opowiadam znajomym, że Pod Żelazną Bramą odkryłem niezwykłą aptekę z tanimi lekami. Ci, którzy nie znają tej nazwy, pytają mnie z zaciekawieniem: a gdzie to jest? Wtedy tłumaczę i przypominam sobie o istnieniu Hali Mirowskiej.

Przedwojenna hala targowa Pod Żelazną Bramą usytuowana była w pobliżu dzisiejszej Hali Mirowskiej — stała pośrodku placu zabrukowanego kocimi łbami, zwanego placem Żelaznej Bramy. Wyglądała zupełnie inaczej: okrągła, masywna konstrukcja z żelaza, ze szklanym prześwitem w dachu i bramą wejściową pośrodku. Wokół okrąglaka były chodniki, a plac oświetlano gazowymi latarniami, które o zmierzchu przyrządem w postaci długiego kija z końcówką zapalał ręcznie zatrudniony specjalnie do tego człowiek. Plac i okolice Żelaznej Bramy zamiatali wiklinowymi miotłami stróże. Handlowało się tu wszystkim, a ceny były znacznie niższe niż w innych sklepach. Na zewnątrz okrąglaka znajdowały się sklepy. Sklep przy sklepie, przeróżnej branży. Z witrynami i żelaznymi żaluzjami, opuszczanymi na noc. Sprzedawano tu gotową odzież, materiały na ubrania i bieliznę - na metry. Ręczniki, prześcieradła i bieliznę osobistą. A także wyroby pasmanteryjne, skórzane i przemysłowe oraz obuwie. Obok tych sklepów znajdowały się sklepy kolonialne, a także specjalistyczne z kawą ziarnistą. Kupowało się ją na wagę, świeżo paloną prosto z maszyny, którą widać było przez szybę wystawową. Wszystko tu działo się na oczach klientów.
 

Targ przed Gościnnym Dworem
w latach międzywojennych.
Wewnątrz targowiska handlowało się przede wszystkim żywnością, a więc: mąką, kaszą, mięsem, drobiem i dziczyzną. Warzywami i owocami świeżymi i kandyzowanymi w cukrze. Nie tylko krajowymi, ale także importowanymi z całego świata. Mnie najbardziej w owym czasie interesowały malinowe pomarańcze. Przepadałem za nimi. Mnóstwo było mandarynek, winogron, bananów, rodzynek i daktyli. Wybór serów — ogromny. Jaja, śmietana i prawdziwe masło na wagę, nie takie jak dzisiaj, które pakowano w pergaminowy papier. Wszędzie wisiały bażanty, kuropatwy i zające.
Imponująco prezentowały się jatki z mięsem. Rzeźnicy w białych fartuchach na oczach klientów zdejmowali z haków wiszące tusze, rozbierali je na części, segregowali i układali na ladzie. Mięso mielone przygotowywano na życzenie klienta i w jego obecności.
Wszystko było świeże i apetyczne. Przepyszne wędliny w oddzielnych sklepach, zwanych wędliniarniami. Większość kupców to polscy żydzi, umiejący zachwalać swój towar. Niejednokrotnie ubrani w typowe żydowskie chałaty. Za Żelazną Bramą kupowało się najlepsze śledzie, prosto z beczek, zwane ulikami i matiasami. Ponadto różnego rodzaju ryby żywe i wędzone, śledzie marynowane oraz rolmopsy. Ja przepadałem za minogami, dziś zupełnie zapomnianymi.

Gościnny Dwór przed rokiem 1914
Przechowywano je w małych drewnianych beczułkach. Minogi to rodzaj miniaturowych węgorzy, smażonych w cieście i marynowanych w specjalnej octowej zalewie. Pycha. Do dzisiaj czuję ich smak. Nie brakowało również czerwonego i czarnego kawioru sprowadzanego w beczkach z Rosji.
W hali oświetlenie było elektryczne. Towar eksponowano tak, aby przyciągał klienta. Zewnętrzne witryny sklepowe z odzieżą obwieszone były sukienkami, paltami i futrami. Ceny do uzgodnienia, a targowanie się było rzeczą normalną. Nikt nigdy nie płacił ceny wywoławczej, taka była zasada. Po to się tu przychodziło, aby kupić taniej. Przed wejściem kwitł w najlepsze dziki handel obnośny i obwoźny na wózkach. Przede wszystkim owocami cytrusowymi, które samemu się wybierało i kładło do papierowej torebki, po jeszcze niższej cenie niż wewnątrz hali. Pełno było handlarzy oferujących gorącą grochówkę, pyzy i bigos. Gwar, szum i tłumy ludzi. Zwłaszcza przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Hala wtedy była odświętnie wystrojona, oświetlona kolorowymi lampkami, porozwieszanymi na budynku. Na zewnątrz, przed wejściem do środka, kręcili się handlarze ze świątecznymi ozdobami, bombkami, łańcuchami, anielskim włosem, kolorowymi świeczkami i zimnymi ogniami na choinkę, którą także można było kupić na placu przed halą. Sztucznych choinek wtedy nie było. Klientela — różnorodna: od eleganckich ludzi, po kucharki i plebs. Wszyscy jednak wyglądali schludnie i przyzwoicie. Pod Żelazną Bramę przyjeżdżało się tramwajem lub dorożką, czasem samochodem. To był inny świat. Niepodobny do dzisiejszego.
Zobacz też