Grzybowska 24 - Anna Zofia Rozek-Vacani   30.04.2010

Wspomnienia o budynku przy ulicy Grzybowskiej 24

Przywołujac najdalsze moje wspomnienia, był to budynek, który przed wojna był tzw. budynkiem ze ‘studnia’ w środku. Czyli cztery sciany z podworkiem w srodku. Byl to budynek piecio-kondygancyjny; parter i cztery pietra. Najbardziej okazala byla fasada budynku, z taka wystajaca czescia, od pierwszego pietra, az po czwarte, nad brama wejsciowa. A brama byla drewniana i masywna, z malymi drzwiami po srodku. Oczywiscie bylo tez w tych drzwiach szklane okienko. Ale o tym pozniej.

W czasie dzialan wojennych czwarta sciana naprzeciwko bramy zostala zburzona i pewnie inne budynki, przylegajace. Ale o tym niestety nic nie wiem, bo ja urodzilam sie juz po wojnie. Wyciagam tylko taki wniosek, bo halda gruzow byla ogromna, rozciagajaca sie az do  Hali Mirowskiej.  

Ale wrocmy do mego domu. Mam wiele wspomnien, z okresu gdy tam mieszkalam. A mieszkalam tam wiele wiele lat. Wyprowadzilam sie dopiero w 1970 roku.

Mieszkancy mojej kamienicy, to wlasciwie, jakby przekroj spoleczny: ludzie wyksztalceni i ‘towarzystwo szemrane’.

Pamietam, na pierwszym pietrze mieszkala pani, ktora uczyla grania na fortepianie. Utkwila mi ona w pamieci, bo wiedzialam od rodzicow, ze wrocila z obozu koncentracyjnego. A moze bardziej ja pamietam, bo byla to przemila osoba, zawsze usmiechnieta, ale w jakis sposob jakby nieobecna. Bardzo ja lubilam i bardzo mi bylo smutno, gdy wyjechala do Izraela. Brakowalo mi pozniej tego dzwieku fortepianu.

Poza tym mieszkal tam rowniez archtekt z zona i kilka rodzin wyksztalconych przed wojna i mieszkajacy tam przed wojna, tez. Nawet wszyscy dziwili sie, ze jednej z rodzin nie dokwaterowano mieszkancow, do tak duzego mieszkania.

Pierwsze, takie jeszcze dziecinne wspomnienie, to wieczorne gwizdanie. Czyli przechodze, do tej drugiej grupy mieszkancow. Mlodzi mezczyzni z towarzystwa, ktore nie wiadomo czym sie zajmowalo, zwolywali sie wieczorem i jeden z nich zawsze stawal na klatce schodowej, w otwartym oknie i... gwizdal. Chyba mial szczescie, ze gwizdal na niezbyt wysokiej nucie i mozna to bylo zniesc, a nawet z czasem polubic. Noo, od alkocholu, to ci mezczyzni raczej nie stronili. Ale zawsze byli uprzejmi, w stosunku do pozostalych mieszkancow. Jesli, juz jako panienka przekraczalam, ta przewspaniala brame, a oni wlasnie wymieniali nieparlamentarne uwagi, to zawsze slyszlam: ‘O pszepraszam’ z  warszawskim akcentem i z uklonem.

Ale co jest najciekawsze, nigdy w tym budynku nie slayszalam bojek, glosnych awantur. A moze mury byly zbyt grube?

W pierwszych latach, ktore ja pamietam, byl zachowany dawny zwyczaj, ze na noc brama byla zamykana na klucz i jesli ktos wrocil po 22-ej, to musial dzwonic do dozorcy. Po jakims czasie dozorca sie zjawial, a wlasciwie przyczlapal, chyba o to chodzilo, aby podkreslic, ze musial wstac! Patrzyl w okineko i jesli to mieszkaniec, to z pomrukiem otwieral. No i zawsze jakis tam pieniadz za otwrcie bramy, byl wkaldany do reku dozorcy. A jesli ktos byl nieznany, to zawsze bylo pytanie krotkie i tresciwe, z odpwiednim groznym akcentem: ‘Do kogo!’. Jak odpowiedz byla satysfakcjonujaca to osobnik zostal wpuszczony, a gdy odpowiedz byla nieprzekonujaca, to : ‘jutro pan przyjdz!’ i zadne tlumaczenia nie pomagaly! Brama zawsze byla w idealnym stanie! Potem niestety dozorca stracil dodatkowe zarobki, gdy gora gruzow zostala wywieziona.

Najbardziej niepocieszone, tym faktem, byly dzieci! Nikt w okolicy, nie myslal o placach zabaw, w tamtych czasach. Ach coz to byly za zabawy! Zawsze najpiekniejsze byly podchody i wiele innych zabaw, ktore dzicieca wyobraznia podsuwala.

Byly tez i inne uczucia zwiazane z tymi gruzami. Wielu rodzicom dech zaparlo, gdy dowiedzieli sie, ze w tej gorze gruzow byly pogrzebane bomby, a ich dzieci spedzaly kazda wolna chwile, na tej gorze!

Tyle wspomnie o samym budynku. Nastepnym razem jeszcze kilka wspomnien o samej ulicy Grzybowskiej, na odcinku: Pl.Grzybowski – Al.JPII.