Krochmalna 12 i pl. Mirowski 9 Jerzy S. Majewski 2004-05-20,
Niemal po każdym felietonie o okolicach Hal Mirowskich odzywają się do nas czytelnicy. Tym razem wspomnienia nadesłała nam pani Janina Garbień mieszkająca do wybuchu Powstania Warszawskiego w domu między Krochmalną a pl. Mirowskim
Towarzyszami podwórkowych zabaw pani Janiny były dzieci żydowskie. "Bawiłam się z Ryfką, z którą czasem chodziłam do Ogrodu Saskiego, albo nawet w tajemnicy przed wszystkimi do kościoła na Leszno na nabożeństwo majowe. Śpiewałyśmy z Ryfką piosenki żydowskie i polskie, które do dziś pamiętam" - pisze.
Zgoda na podwórku
Dwupiętrowa kamienica przy Krochmalnej 12 powstała ok. 1835 r. dla Mikołaja Trzcińskiego. Posesja dochodziła aż do wąskiego zaułka ciągnącego się wzdłuż południowej ściany Koszar Mirowskich (dziś w miejscu budynku jest fragment parku na południe od Hal Mirowskich - na wysokości placyku między obiema halami).
W 1850 r. z tyłu wokół dwóch podwórek istniały drewniane budynki, zaś od strony koszar widniał maleńki ogród. Z biegiem lat koszary zburzono, a w ich miejscu na przełomie XIX i XX w. wyrosły Hale Mirowskie. Zmieniała się też sąsiednia zabudowa. Po sadach wzdłuż koszar nie pozostał najmniejszy ślad. Teraz dominował tu ceglany krajobraz.
Na przełomie XIX i XX w. za domem przy Krochmalnej stanęły murowane oficyny, zaś od strony pl. Mirowskiego 9 zbudowano wysoką kamienicę z ciasnym podwórkiem i równie wysoką oficyną poprzeczną. Kamienica była szersza i stanęła także za sąsiednią posesją, przy Krochmalnej 10. Na parterze od strony placu mieściła się restauracja, do której można było wejść z bramy. Bramę miał też dwupiętrowy budynek frontowy przy Krochmalnej 12. Była ona jednak ponura i ciemna. Niekiedy można było natknąć się w niej na podejrzane typy. Jednak, jak czytamy w liście, "gdy już weszło się na duże podwórko otoczone czteropiętrowymi oficynami świat wyglądał inaczej. Było jasno, wesoło i bezpiecznie. Takie miałam odczucie, gdy mieszkałam tam jako kilkunastoletnia dziewczynka. W oficynach otaczających podwórka mieszkali bogatsi lokatorzy, którzy mieli sklepy w Hali Mirowskiej. Na parterze była bożnica".
W święto kuczek na podwórku stawały szałasy. Rodzice pani Garbień wynajęli tu mieszkanie w 1934 r. Choć znajdowało się w oficynie, jej zdaniem było piękne i słoneczne. Może dlatego, że mieściło się na samej górze, na czwartym piętrze pod nr. 105. Wiosną schody na klatce myte były przez dozorcę, niejakiego Trzcińskiego, zaś w ciągu roku myli je lokatorzy. Każdy na swoim piętrze.
Budynek przy Krochmalnej często zmieniał właścicieli. Byli nimi zarówno Polacy, jak i Żydzi. I tak m.in. w latach 70. XIX w. był własnością Berlinerblaua, w początku XX w. Lejzora Przepiórki, a w latach 30. Bronisława Wawrzyńskiego. W sąsiedniej kamienicy, przy Krochmalnej 10, mieszkał Isaak B. Singer.
Skradzione drzwi
Gdy zaczęła się okupacja niemiecka, w domu od Krochmalnej mieszkało - według wspomnień pani Janiny Garbień - ok. dziesięciu rodzin polskich. Okresami brakowało wody. Ubikacje były przepełnione i czasami ktoś ukradkiem załatwiał się na klatce schodowej. "Szczęściem w nieszczęściu, drzwi od klatki schodowej ktoś ukradł na opał, bo inaczej trudno byłoby dojść na czwarte piętro" - czytamy.
W październiku 1940 r. rodzina pani Garbień musiała się przeprowadzić. Jej rodzice zamienili się na mieszkanie w drugim podwórku od strony Hali Mirowskiej przy pl. Mirowskim 9. Pośrodku tego podwórka stanął mur getta. Ceglany, zakończony tłuczonym szkłem. „Chaimek był trochę starszy ode mnie. Przychodził do nas z tamtej strony muru. Nie tylko jemu za przejście na stronę aryjską, ale i nam wszystkim za pomaganie Żydom groziła kara śmierci. Chaimek przychodził głodny. Mama częstowała go zalewajką, taką zupą z kartofli zalaną żurkiem, którą często jedliśmy. Nawet zmarznięte kartofle w takiej zupie dały się zjeść. Dzieliliśmy się z nim chlebem, którego sami mieliśmy mało. (...) Chaimek był bardzo delikatny i wrażliwy. Miał duże, niebieskie oczy ocienione długimi rzęsami i ciemne, kręcone włosy. Gdy zostawaliśmy na chwilę sami w pokoju, byliśmy obydwoje onieśmieleni i skrępowani. Kiedyś pokazywał mojemu bratu ręce. Miał długie wąskie palce, na których były czerwone blizny. Mówił nam, że Niemiec kazał mu włożyć ręce do szuflady w szafie i przycisnął ją butem. (...) Już nie pamiętam, które z nas wyszło z inicjatywą handlowania żywnością. Umówiliśmy się z Chaimkiem, że on będzie stał na klatce schodowej po drugiej stronie muru i w odpowiednim, wypatrzonym czasie zejdziemy razem pod mur. Tamtej strony muru pilnowała policja żydowska i Niemcy. Po naszej byli granatowi policjanci przy bramie, czasem tajniacy na klatkach schodowych, lub volksdeutsche wpadający niespodziewanie na podwórko. Najbardziej niebezpieczne były »budy « - odkryte samochody z uzbrojonymi Niemcami, którzy trzymali karabiny gotowe do strzału. »Buda «, nie zatrzymując się, zwalniała tylko bieg - wyskakiwali z niej Niemcy i strzelali do każdego, kto był przy murze. Tak zginął Kajtek, największy łobuz z podwórka, z którym nie chciałam się zadawać, ale późnej uznałam, że był najodważniejszym z nas”.
Bzy dla Chaimka
Gdy po obu stronach muru było spokojnie, pani Janina wybiegała z klatki schodowej do muru. Odsuwała poluzowane cegły, wciskała rękę i wyciągała stamtąd specjalnie uszytą mocną torbę z uszami. W torbie były pieniądze i kartka, na której wypisane było zamówienie. Mąka, kasza.
Jak wspomina czytelniczka, w tym czasie z kupnem nie było jeszcze problemów, za to ryzykiem było już przeniesienie 5 kg kaszy przez bramę kamienicy. Policjanci sprawdzali bowiem, co się przenosi. Zaglądali nawet do szkolnych tornistrów.
"Trzeba było wyczekać i upatrzyć taką chwilę, kiedy opłaceni przez większych handlarzy policjanci odwracali się i tak gorliwie byli zajęci poprawianiem guzików przy swoich mundurach, że nie widzieli tragarzy wnoszących całe wory towaru. Wtedy mogłam przemknąć się między nimi ze swoją pięciokilową torbą mąki" - pisze pani Garbień.
Pełna torba z mąką na drugą stronę muru wędrowała teraz nie przez dziurę, ale przyczepiona do haka na linie przerzuconym przez mur. „Kiedyś wracałam do domu z pachnącym bukietem bzu. Chaimek stał w otwartym oknie na klatce schodowej. »Jasia, rzuć mi ten bez! « - krzyknął do mnie. Rzuciłam. Widziałam, jak podniósł kwiaty i przysunął do twarzy. Odwrócił się do mnie i ukłonił się. Zaraz pobiegłam pod hale, by kupić drugi bukiet. Wybrałam jeszcze ładniejszy, ale Chaimka już nie było. Wypatrywałam go codziennie. Pewnego dnia zamiast niego zawołała mnie jakaś starsza kobieta i powiedziała, bym zeszła do dziury. Myślałam, że będę miała wiadomość od niego. Odebrałam od niej pieniądze i kartkę, na której niewprawnymi literami napisane było: »Cebula co innego nic «. Chaimek nie pokazał się już nigdy”.
Po likwidacji małego getta cała kamienica wróciła do dzielnicy aryjskiej. Jednak już w 1944 r. została spalona. Po wojnie ruin nie odbudowano. W miejscu początkowego fragmentu Krochmalnej powstał park.
Śmietnik z wielką klapą
Przed wojną pośrodku podwórka przy Krochmalnej 12 stał wymurowany z cegły śmietnik. Aby wrzucić do niego odpadki, trzeba było wejść po przystawianych drewnianych schodkach i otworzyć ciężką metalową klapę.
Wielki skandal
Rodziców pani Garbień niekiedy odwiedzali żydowscy sąsiedzi. Wśród nich pani Zazlbergowa, zamożna jak na kamienicę właścicielka sklepu z porcelaną, szkłem i naczyniami kuchennymi w Hali Mirowskiej. "Na wiosenne święto Pesach przynosiła macę i dobre biszkoptowe ciasto z mąki kartoflanej, jakiego nigdy nie piekła nasza mama. Tuż przed wojną u Zazlbergów wydarzył się skandal. Mieli młodą służącą. Dziewczynę ze wsi. Po jakimś czasie okazało się, że jest ona w ciąży. Dziewczyna straciła pracę, ale winien był syn naszej sąsiadki. Co się stało z dzieckiem, nie wiadomo. Na pewno ta młoda wiejska dziewczyna nie oddała dziecka do getta. Jego ojciec zginął zabity przez Niemców, gdy wracał z aryjskiej strony. Zapłacił życiem za to, że chciał zobaczyć swoje dziecko".Tekst ten powstał na podstawie bardzo obszernych wspomnień pani Janiny Garbień
Metryka domu
Adres: Krochmalna 12
Numer hipoteczny: 988
Zbudowany: ok. 1835
Zburzony: 1944