„Lubię
długie, samotne wędrówki po Kercelaku” – pisał Wiech.
Skąd taka nazwa? Łatwo się domyślić, że od nazwiska byłego właściciela – ale
dlaczego właśnie jego zarząd miejski uwiecznił w oficjalnej nazwie? Otóż gdy w
r. 1867 władze miejskie zwróciły się do kilku posiadaczy gruntów w sprawie kupna
terenu na targowisko, tylko ten jeden odstąpił swoją posesję nieodpłatnie. Nie
znamy motywów tego kroku – dość, że gdy innych posesorów trzeba wyszukiwać w
archiwach, tabliczki z napisem „Plac Kercelego” tkwiły jeszcze po ostatniej
wojnie na gruzach domów.
Kercelak stanowił teren na wskroś egzotyczny. Było to coś w rodzaju miasteczka,
żyjącego własnym życiem. Gdy się tylko weszło między nieprzeliczone obskurne
stragany, porozdzielane szachownicą wąskich uliczek, ogarniała od razu atmosfera
transakcji handlowych, widziało się tylko obfitość towaru, różnych typów i w
różnym gatunku. Ruch i hałas. Brodaci kupcy wybiegali z kramów i ciągnęli
przechodniów wołając:
- Chodź pan, chodź pan! - bez względu na to, czy zaatakowany w ogóle miał zamiar
kupić coś z towarów, znajdujących się w danej dzielnicy. Każda branża miała swój
rejon: w jednej okolicy placu można było kupić ubranie, w innej buty, gdzie
indziej gołębie, książki, garnki, mięso – dosłownie wszystko, co kto chciał.
Gramofony z trąbami same się hałaśliwie reklamowały – a ówdzie, w prymitywnej i
brudnej garkuchni i podjeść można było.
Moja matka nie miała awersji do targowisk, przeciwnie: umiała wyszukać
odpowiedni towar, sprawdzić jego jakość, wytargować się. Na Kercelak chodziłem z
nią głównie kupować ubranie. Stamtąd miałem wszystko: od ubranek dziecięcych do
mundurków szkolnych i pierwszych cywilnych garniturów. Zawsze można było dobrać
odzienie wygodne, które się dobrze i długo nosiło – a kosztowało o połowę
taniej, niż w śródmieściu, gdzie przeważnie płaciło się za firmę.
Ceremonia targowania zaczynała się zawsze od kwestionowania jakości materiału.
Handlarze nie lubili, gdy się o materiale ich ubrań mówiło „cajg”.
- Co, to jest cajg? To kangar, prawdziwy kangar!
Kiedy nie znałem niemieckiego, to słowo usposabiało mnie groteskowo: kojarzyło
mi się z kangurem – a tymczasem jest to zniekształcone słowo „Kammgarn” –
czesanka.
W późniejszych latach przychodziłem na Kercelak przeglądać i kupować nuty, które
były nawet znacznie tańsze, niż w podrzędnych księgarenkach na Świętojerskiej.
Osobliwością było, że niektóre nuty sprzedawano na wagę, przy czym cena była
zależna od stopnia wybitności kompozytora: na przykład kilogram Mozarta
kosztował 3 złote, kilogram Spohra – 2.
Sprawy handlowe nie były jedynym motywem moich wypraw w tamtą dzielnicę.
Częściej przychodziłem do matki, która przez szereg lat – aż do wojny – uczyła w
szkole powszechnej przy ul. Leszno 109, róg placu Kercelego. Czteropietrowy
gmach był brzydki, prostacki, nie odbiegał wyglądem od przeciętnych czynszówek,
mimo to wnętrze było dobrze rozplanowane, pomieszczenia widne, wyposażone w
doskonałe pomoce naukowe. W dużej sali widowiskowej odbywały się różne akademie,
choinki, a także przedstawienia amatorskie, na które mnie matka zabierała jako
dziecko.
Publiczne szkoły powszechne podlegały rejonizacji, tak jak obecnie, toteż
wszyscy uczniowie wymienionej szkoły mieli większy lub mniejszy związek z
elementem działającym na Kercelaku. Większość rodziców, pochłonięta sprawami
handlowymi, rozmaitymi nielegalnymi praktykami, bądź też konsumpcją alkoholu,
nie zawsze miała czas na takie dodatkowe zajęcia, jak wychowanie dzieci, wpływ
na ich zachowanie w szkole, na ulicy itp. Ucząca się dziatwa często korzystała z
nadmiernej samodzielności, która doprowadzała do rozbisurmanienia.
Na Kercelaku można było kupić absolutnie wszystko. Jeżeli jakiegoś towaru nie
było na straganach, mieli go wędrujący handlarze, z koszami lub bez. Jedni z
nich płacili policjantowi „placowe”(złotówkę na dzień), inni nie – zwłaszcza ci,
którzy sprzedawali przedmioty kradzione. Jeden z moich kolegów, któremu
ukradziono rower, natychmiast, jeszcze przed zawiadomieniem policji, pojechał na
Kercelak i zajął tam stanowisko obserwacyjne. W niecałe pół godziny później
zjawił się złodziej z ukradzionym rowerem i wpadł w ręce poszkodowanego, który
zdążył chyłkiem sprowadzić policjanta.
Ubrania, rowery, nuty – to wszystko przedmioty pospolite, które można nabyć
wszędzie. Ale jeden z uczniów szkoły powszechnej nr 100 swoją
przedsiębiorczością osiągnął chyba szczyt.
Chłopak zachowywał się skandalicznie i moja matka wezwała jego ojca. Przyszedł
szczupły, wysoki osobnik; wysłuchał skarg matki, obiecał ukarać syna i wpłynąć
na zmianę jego postępowania w szkole.
Mimo to zachowanie chłopca wcale się nie zmieniło i matka zmuszona była ponownie
wezwać ojca. Ku jej zdumieniu tym razem zjawił się człowiek niski i gruby. Matka
wzięła jego i chłopca w krzyżowy ogień pytań i bez trudu dowiedziała się całej
prawdy.
Łobuzujący się uczeń miał ojca bardzo srogiego i był pewien, że gdy ojciec dowie
się o jego zachowaniu, zareaguje gwałtownie, w domu skończy się bolesna
rozprawą. Poszedł więc na Kercelak i wśród licznych obiboków, kombinujących
tylko, jakby najtańszym kosztem „rozbić ćwiartkę”, znalazł takiego, który za
parę złotych zgodził się odegrać rolę jego ojca. Gdy się sytuacja powtórzyła,
zrobił to samo, tylko nie zwrócił uwagi na powierzchowność indywiduum. Na jego
nieszczęście moja matka miała pamięć do twarzy i wyglądu ludzi. Gdyby to
przewidział, dobrałby ojca bardziej odpowiedniego. Na pewno by mu się to udało –
na Kercelaku można było wszystko kupić i to w każdym gatunku!
Źródło :Jan Miller Stolica, 19.05.1974, Nr 20, s. 16