Elektoralna 14, dziś 12a      Jerzy S. Majewski   2002-03-06,
Niepozorna kamienica Duniewiczowej przy Elektoralnej niemal bez zmian dotrwała aż do drugiej wojny światowej
Budynek stanął zapewne w pierwszych latach istnienia Królestwa Kongresowego. Był skromny. Zaledwie jednopiętrowy, dziewięcioosiowy, z nieznacznym trzyosiowym ryzalitem pośrodku. Jedyną ozdobą fasady był żeliwny balkon pierwszego piętra zawieszony ponad bramą na osi. Skromne obramienia otrzymały też okna. Całość zwieńczona została wysokim dwuspadowym dachem krytym dachówką i ożywionym lukarnami. Prawdopodobnie i tu na poddaszu mieściły się pomieszczenia do wynajęcia. Z tyłu za kamienicą wzdłuż bardzo długiej działki wznosiła się mała oficyna boczna oraz dość długie zabudowania drewniane. Zapewne znajdowały się tu pomieszczenia gospodarcze, stajnie, powozownia. Dalej aż do kamienic przy Lesznie ciągnął się ogród.

Śmierć we śnie

24 stycznia 1822 r. kamienica stała się widownią jednej z najbardziej głośnych zbrodni dokonanych w ówczesnej Warszawie. Nocą we własnym łóżku zamordowana została właścicielka kamienicy Magdalena Duniewiczowa.

Matka pani Duniewiczowej zwyczajnie około godziny ósmej rano na głos dzwonka przysyłała kawę swej córce sypiającej w trzecim pokoju. Onegdaj zdziwiona iż o zwyczajnej porze nie słyszy dzwonka, woła służącą. Ta się wcale nie odzywa. Idzie przeto do pokoju córki. Głuche panuje milczenie. Zbliża się do łóżka, bierze za rękę i znajduje ją zimną i bezwładną. Przerażona wzywa innych lokatorów, którzy widzą panią Duniewiczową zamordowaną. Nieboszczka miała mocno obwiązane chustkami twarz i głowę. Siekiera leżała przy łóżku. Po oderwaniu chustki okazało się, że obuchem była uderzona w głowę. Kość czoła zupełnie jest strzaskana. Służąca, która zapewne była sprawczynią tej zbrodni, uciekła. Szukają troskliwie tej zbrodniarki. Dotąd nie jest wyśledzona. Jeszcze z pewnością wiedzieć nie można, czy miała wspólników zbrodni. Czy sama ją spełniła. Kilkaset złotych w monecie i niektórych rzeczy nie dostaje. Ta służąca niedawno była przyjęta - kolejny dowód, jak wielką ostrożność zachować trzeba na ich rekomendacje" - pisał nazajutrz wstrząśnięty dziennikarz "Kuriera Warszawskiego".

Ucieczka donikąd

Przypuszczenia były trafne. Morderczynią okazała się służąca Marianna Rozmuszewska. Prawdopodobnie nie była to jednak zbrodnia z premedytacją. Raczej w afekcie. Wiele wskazuje na to, że Duniewiczowa była złą panią i doprowadziła dziewczynę do aktu rozpaczy. W każdym razie Rozmuszewska nie miała wspólników. Nie miała też żadnego planu. Przerażona zbrodnią, działała jak w obłędzie - uciekła z Warszawy. Przez dwa dni włóczyła się po pobliskich wsiach i miasteczkach. Przez Czerniaków, Wilanów, Górę Kalwarię i Mniszew dotarła aż do Magnuszewa. Stamtąd wróciła do stolicy. Miała wyjątkowego pecha. Na ulicy ujął ją... syn Duniewiczowej, podporucznik 3 pułku strzelców.

"Syn nieboszczki nie znał tej służącej i prawie instynktem powziął podejrzenie widząc ją na ulicy. Poznał chustkę swej matki i natychmiast ujął zbrodniarkę" - doniosła prasa.

Po aresztowaniu Rozmuszewska natychmiast przyznała się do winy. Policja przeprowadziła wizję lokalną, a zabójczynię poprowadzono do grobu, z którego wydobyto zwłoki zamordowanej. Dziewczyna była przerażona.

"Mdlała ustawicznie. Spojrzała na ofiarę swej zbrodni i przyznała się do wydarcia z niej życia. Rozmuszewska bardzo mało przyjmuje pokarmu i oświadcza, iż od czasu dokonania zbrodni sen ją zupełnie odstąpił, zawsze bowiem zdaje się widzieć nieboszczkę, swą panią" - czytamy w "Kurierze Warszawskim" z 1 lutego 1822 r.

Sąd skazał Rozmuszewską na śmierć przez ścięcie. Na szafocie miała ona napominać swe koleżanki, by starały się ulegać swym chlebodawczyniom i "raczej prosiły o uwolnienie, niż zbrodniczej używały zemsty".

W getcie

Po śmierci Duniewiczowej kamienica często zmieniała właścicieli. Wśród nich znajdujemy m.in. Ludwika Knaufa, Ludwika Grassa, niejakiego Bergera, Adolfa Haensela i wreszcie, tuż przed pierwszą wojną, Szpigielglasa.

W maju 1914 r. Szpigielglas otrzymał zezwolenie na budowę nowej, czteropiętrowej oficyny. Sam budynek frontowy nie zmienił się aż do wybuchu drugiej wojny.

W latach międzywojennych na parterze mieściło się wiele małych sklepików. Wchodziło się do nich zwykle po dwóch, trzech schodkach, a na noc ich witryny zamykane były drewnianymi okiennicami. Mieścił się tu m.in. dość lichy sklep z okryciami damskimi pod pretensjonalną nazwą Szyk Wiedeński, był zakład fryzjerski. Na początku XX w. działała drukarnia Karpińskiego, fabryczka wag Gastmana i lamp Cygielstreicha.

We wrześniu 1939 r. w pobliżu kamienicy padały bomby. Kamienica ocalała. Natomiast jeszcze przed 24 września spłonął sąsiadujący z budynkiem zespół zabudowań szpitala św. Ducha przy Elektoralnej 12. W czasie okupacji kamienica znalazła się w obrębie getta. Dotrwała do jego upadku. Podpalili ją Niemcy w kwietniu 1943 r.

Wypalone ruiny budynku stały do 1946 r. Wraz z okolicznymi budynkami kamienica, sąsiadująca z zabudowaniami dawnego szpitala św. Rocha, kwalifikowała się do odbudowy. Niestety, z trudnych do zrozumienia powodów jej mury zostały rozebrane. Posunięcie to było tym bardziej niezrozumiałe, że budynek pochodzący z czasów Królestwa Kongresowego znakomicie mieścił się w ówczesnym pojęciu zabytku. Stał też przy ulicy, której historyczny kształt przestrzenny przynajmniej w części starano się zrekonstruować.