Elektoralna 26 Elektoralna 26  - Jerzy S. Majewski 2007-04-12
W domu Mandelbluma ceniony przed wojną fotografik Jerzy Benedykt Dorys przymierał głodem. Jego sąsiadem był prezes judenratu Adam Czerniaków.
Gdy w czerwcu 1913 r. zaczęto kopać fundamenty pod budowę nowego domu przy Elektoralnej, robotnicy nie posiadali się ze zdumienia. Pod ziemią, w miejscu, gdzie jeszcze niedawno stał dworek, natrafili na ludzką czaszkę i piszczele.

Budowę przerwano. Na miejscu pojawiła się policja. Uznano, że szczątki są bardzo stare i postanowiono je przewieźć na Cmentarz Bródnowski. Domysłom nie było końca. Przy okazji przypomniano o dwóch zbrodniach dokonanych pół wieku wcześniej przy Elektoralnej. Tamte zabójstwa szybko się jednak wyjaśniły. Obydwu dokonały zdesperowane służące na swych paniach. W obydwu też przypadkach zbrodnię wykryto i osądzono. Dodajmy, że kobiety zamordowane zostały w czasie snu w swoich łóżkach. Pochodzenia ludzkich szczątków w miejscu dawnego dworu Wittichów na Elektoralnej nie ustalono.

Wąsko i wysoko

Drewniany dwór Wittichów wznosił się tuż za narożnikiem Elektoralnej z nieistniejąca już dziś ulicą Solną. Pochodził jeszcze z XVIII wieku. Wznosił się bezpośrednio przy ulicy. Z biegiem lat na jego tyłach, na wąskiej i niezbyt głębokiej działce wyrosły murowane budynki gospodarcze. Dom wielokrotnie zmieniał właścicieli. W połowie XIX w. był własnością Bernarda Kruszewskiego, by kilkanaście lat później przejść w ręce rodziny Rotmilów. Należał do nich przez pół wieku. W roku 1913 był to już ostatni drewniany dwór przy Elektoralnej.

Ustąpił miejsca nowoczesnej kamienicy.

Jej budowę ukończono już w 1914 r. na kilka tygodni przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Nowy dom był wąski i bardzo wysoki. Miał aż sześć pięter i rozmiarami nie ustępował ówczesnym, warszawskim "niebotykom". O kilka kondygnacji przerastał stare budynki przy Elektoralnej pamiętające jeszcze czasy sprzed powstania styczniowego. Dużo niższa była też bezpośrednia sąsiadka kamienicy zbudowana na przełomie XIX i XX w. u zbiegu z Solną i zwieńczona w narożniku efektownym hełmem.

Parter przeznaczony został na sklepy i jak w wielkomiejskich kamienicach przy Marszałkowskiej architekt zaprojektował tu wielkie witryny ciągnące się od samej ziemi po sufit. Być może to w nich stały wspominane przez Karolinę Beylin manekiny w ślubnych, śnieżnobiałych sukniach z welonami, a obok leżały wianuszki z zachęcającym napisem: "Do ślubu lub do trumny". Wyżej znalazły się mieszkania.

Architekt nadał fasadzie formy silnie zmodernizowanego klasycyzmu. Trzy dolne kondygnacje to boniowana partia cokołowa. Wyżej elewacje opinały pilastry, zdobiły wieńce i festony, czyli girlandy z kwiatów i owoców. Ostatnia kondygnacja była niższa i w wystroju elewacji została odcięta szerokim pasem muru. Pośrodku zwieńczyła ją attyka, a po bokach dwa trójkątne szczyciki.

Widok z góry

Nie wiemy, jak wyglądały wnętrza budynku. Musiały jednak przypominać wnętrza innych, eleganckich kamienic wznoszonych w Śródmieściu tuż przed pierwszą wojną światową.

Zapewne ze szczególną starannością wykończono tu bramę oraz wnętrze głównej klatki schodowej. Czy miała marmurowe schody? Niekoniecznie. Bo w domach wznoszonych tuż przed pierwszą wojną światową za bardziej eleganckie uważano schody o stopniach wyłożonych drewnianymi parkietami.

Luksusowe mieszkania do wynajęcia znajdowały się tu w części frontowej budynku. Ostatnie piętro to już pewnie pokoje typu hotelowego wynajmowane najczęściej przez kawalerów i studentów. Były niewielkie, a ich standard nieporównywalny do mieszkań na niższych kondygnacjach. Za to z okien, przez dachy kamienic po nieparzystej stronie ulicy widać było stojące na placu Mirowskim hale targowe.

Wódka na tyfus

Podczas okupacji Elektoralna wraz z kamienicą znalazła się w granicach getta. Dom należący w latach międzywojennych do Lejba Mandelbauma zachował coś z dawnej elegancji. Jednym z jego mieszkańców był prezes Judenratu w getcie, inżynier Adam Czerniaków. Przeprowadził się tu z pobliskiej kamienicy przy Chłodnej 20, którą Niemcy wyłączyli z getta.

Sąsiadem inżyniera Czerniakowa był znany przedwojenny fotografik Jerzy Benedykt Dorys, jeden z najwybitniejszych ówczesnych portrecistów. Wcześniej mieszkał w domu przy Chłodnej 16 wznoszącym się tuż obok osławionego drewnianego mostu łączącego małe i duże getto. Tam też przed wyłączeniem z niego domów przy Chłodnej prowadził zakład fotograficzny.

O swoich okupacyjnych przeżyciach Dorys opowiedział Stefanowi Chaskielewiczowi w wywiadzie zamieszczonym w 1988 r. na łamach "Znaku". "To był jak na dzielnicę żydowską dom luksusowy. Czerniaków mieszkał na tym samym podwórzu tylko na innej klatce schodowej. Obowiązywała w getcie godzina policyjna i dlatego wieczorami kwitło życie podwórkowe. Czerniaków zapraszał mnie i kilku innych mieszkańców tego domu dość często na skromne kolacje. Atrakcją tych kolacji był kieliszek wódki jako antidotum na tyfus i jako dezynfekcja organizmu. Te wieczory były dla mnie bardzo przyjemne. Czerniaków był człowiekiem inteligentnym i bardzo kulturalnym, a przede wszystkim porządnym i prawym. Zresztą konsekwentnie skończył ze sobą. Był na tyle inteligentny i na tyle nieokłamujący się, że wiedział, co go czeka" - czytamy.

Warszawska Odysea Dorysa

Przed wojną Dorys prowadził atelier fotograficzne w Alejach Jerozolimskich. Na jesieni 1939 r. w jego zakładzie pojawił się jakiś pan w tyrolskim kapelusiku. Pokazał dowód z niemieckim stemplem i zaproponował mu wspólne prowadzenie zakładu. "Zgodziłem się natychmiast i poprosiłem, by przyszedł następnego dnia o piątej. Nazajutrz już nie było tam ani mnie, ani aparatów. Wywiozłem wszystko dorożkami do znanego fotografa Kirchnera, który mieszkał niedaleko. Archiwum zakładu umieściłem jeszcze wcześniej w piwnicy. Potem, kiedy komisarz domu kazał otwierać piwnice, wyniosłem je do piwnicy innego domu, w którym mieszkali moi przyjaciele" - wspominał fotografik.

Po przeprowadzce do getta Dorys objął zakład przy Chłodnej 16 należący wcześniej do Henryka Buchcara, którego Niemcy zmusili, by przeniósł się do dzielnicy aryjskiej. Gdy Chłodną z getta wyłączono, a on przeprowadził się na Elektoralną, do spółki z innych fotografem prowadził zakład przy tej ulicy. Do zakładu nikt jednak nie przychodził. "Przestałem zarobkować i zaczęła się nędza. Mieszkałem wtedy z matką i starałem się, żeby miała coś do zjedzenia, więc sobie odmawiałem. Dwa razy z głodu zrobiło mi się słabo" - opowiadał Dorys.

Razem z Bimbusią

Gdy w lipcu 1942 r. zaczęła się akcja wysiedleńcza, Niemcy wywieźli do Treblinki jego matkę. On w końcu września uciekł z kolumny żydowskich robotników pracujących poza gettem. "Przy Puławskiej, gdzie była i jest mała kapliczka, urwałem się. Było umówione, że spotykamy się w kawiarni niedaleko stamtąd. Czekała na mnie Marysia, moja dawna służąca" - opowiadał.

Najpierw ukrywał się w domu swojego pracownika przy ul. Promenada na Mokotowie. Później na Mariensztacie u aktorów Boguckich i w mieszkaniu znanego muzyka Kazimierza Wiłkomirskiego przy pl. Narutowicza. Gdy zamieszkał u innych muzyków na Smulikowskiego, odkryli go młodzi SA-mani. Skończyło się na wręczeniu Niemcom łapówki przez właścicieli mieszkania. Po tym incydencie Dorys przeniósł się do mieszkania przedwojennego fotografika i melomana Czesława Olszewskiego na Polnej. Tam też ukrywał się aż do Powstania Warszawskiego. Pod przybranym polskim nazwiskiem fikcyjnie zatrudniono go w pracowni Olszewskiego jako retuszera zdjęć. Dodajmy, że na Smulikowskiego i u Olszewskich mieszkał razem z gosposią Marysią i jamniczką Bimbusią.

Wróćmy jednak do kamienicy przy Elektoralnej. Po likwidacji getta w 1943 r. ponownie znalazła się w aryjskiej części miasta, a w domu zamieszkali Polacy. Tak było do Powstania Warszawskiego. Mocne konstrukcje budynku przetrwały walki i rozebrano je dopiero po wojnie w związku z przebijaniem nowej arterii północ-południe, czyli al. Juliana Marchlewskiego (teraz al. Jana Pawła II). Dziś mniej więcej tam, gdzie stała kamienica, w al. Jana Pawła na skrzyżowaniu z Elektoralną znajduje się przystanek tramwajowy w stronę Dworca Centralnego.