Elżbieta Schwakopf napisała


O pierwszych latach przeżytych na Elektoralnej zaczęłam sobie przypominać w dniu 20 lutego 2008 roku, kiedy to ten temat poruszyła nasza koleżanka Ania. Zdałam sobie wtedy sprawę jak bardzo czuje się związana i z tą ulicą, osiedlem i naszym podwórkiem. Kiedy miałam się wyprowadzić z Elektoralnej do własnego mieszkania - nie mogłam wyobrazić sobie innego miejsca w mieście, obcych chodników i sklepów – ale moje marzenia pozostania tutaj na szczęście się spełniły. Pomimo różnych niedogodności, typowych dla Żelaznej Bramy, od 1969 roku mam z okna przepiękny widok na dachy domów przy Elektoralnej, na Owocarnię, na Hale, na Ogród Saski, na Zimnej mam swoją księgarnię, a na Elektoralnej sklep z przyborami do czyszczenia metali. No i nadal mieszkam na Mirowie.
We wspomnieniach przydały mi się ogromnie wiadomości kolegów, bo nie wiedziałam że po wojnie na Elektoralnej „... żaden dom nie ocalał w stanie nadającym się do zamieszkania. Odbudowano nr. 7,9,11,13, 12, Dom Frageta i to chyba wszystko. Na Żabiej w 1950 zamieszkały był tylko jeden dom. Chyba Żabia 2. ...” (cyt. Wojtek R.)
Gdyby nie pamięć Wiesi nie wiedziałabym, że w marcu 1951 roku „... parzysta strona .Elekt. była już wyremontowana od Bankowego do Orlej. Dalsze aż do bram dawnego szpitala Św. Ducha zbudowano z cegły rozbiórkowej w 49-50 r. Po stronie nieparzystej było "morze gruzów" pierwszy stary wyremontowany dom to ten z + (tam gdzie jest szkoła), wydaje mi się, że gdzieś czytałam, że mieszkał tam przed wojną Wańkowicz. Pamiętam też, że przez jakiś czas w mieszkaniach były kuchnie węglowe... ... Bardzo szybko odbudowano Szpital Św. Ducha, w 1953r. w moich wspomnieniach szkoła podstawowa była elegancka, ale jej otoczenie, boisko, jeszcze nie. W 1953 r była już spółdzielnia , bo to był główny punkt zaopatrzenia (+ sklep Fołtyna na Solnej). W moich wspomnieniach Elektoralna była różowa (kolor tynków). W latach 51-52 musiało już być przedszkole na Elektoralnej., ....Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ruszyła trasa N-S z komunikacją, natomiast pamiętam od zawsze tramwaje na Placu Bankowym, autobus 100 i postój taksówek pod figurą Jana Nepomucena na Senatorskiej.”
Specjalnie poszukałam notatek mojego Ojca, do których nie zaglądałam kilkanaście lat. Wynika z nich, że na Elektoralnej17a moi Rodzice wprowadzili się na przełomie 1949-1950 roku ( po Powstaniu i ucieczce z obozu w Pruszkowie znaleźli się w Krakowie i tam się urodziłam). Dużym problemem było wniesienie mebli "bo dojście do klatki zawalone było gruzami i musieliśmy się przeciskać wąską, wyboistą ścieżką." Dalej pisał o otaczających gruzach, trudnościach aprowizacyjnych i tłoku w tramwajach, który "osładzał cięty, celny i dobroduszny humor warszawskich konduktorów". "Tymczasem na wielkim dziedzińcu naszego osiedla zbudowano przedszkole i zasadzono drzewka". Ojciec miał wątpliwości, czy te drzewka przetrwają, bo kopano dziury w gruzie, wsypywano trochę ziemi i wsadzano w to młode drzewka. Drzewka wyrosły i zamieszkały w nich "czeredy wróbli".
Jeden z kolegów wyjaśnił, że gruz ceglany to świetna gleba dla roślinności, o czym nie wiedziałam, a rzeczywiście tak jak w latach 50-tych tak i dzisiaj między domami Elektoralnej jest zielono, a kwiaty i krzaki rosną wyjątkowo ładnie.

Pamiętam, że mieszkania w moim domu i w okolicznych były 1 lub 2 pokojowe. Jeden z domów nazywany „galeriowcem” wyróżniał się architekturą z powodu balkonów ciągnących się wzdłuż pięter. Podejrzewałam, że tam są większe i ładniejsze mieszkania, ale chyba tak nie było, poza niewątpliwą atrakcją dla dzieci, wynikającą ze wspomnianych balkonów i długiej balkonowej rury przed wejściem, która służyła do zabawy w telefon.
Moje rodzinne mieszkanie na III piętrze Elektoralnej 17-a składało się z dwóch pokoi, (miało ok. 42 m), całkiem sporej kuchni, maleńkiej łazienki i balkonu. Z jednej strony miałam widok na przedszkole a z drugiej – na „wojskowe”, Pałac Lubomirskich, Ogród Saski ( a po drodze na męski szalet pod klonem). Z balkonu mogłam obserwować budowę Pałacu Kultury, co było atrakcją z uwagi na wielkość używanych przy budowie dźwigów. Z balkonu miałam też bezcenny widok na całe nasze podwórko i Zimną, co przy braku telefonów, było świetnym punktem obserwacyjnym, czyli czy warto było wychodzić z domu, żeby zagrać w piłkę.
Podłoga w mieszkaniu była z desek. W tamtych czasach utrzymanie tej podłogi spędzało sen z powiek mojej Matki: trzeba ją było wiórkować metalowymi wiórami, często pastować, froterować ciężką froterką i oczywiście używać sukien, czyli przerobionych przez Mamę starych ubrań, których żywot w ten sposób był prawie wieczny. W niektórych mieszkaniach widziałam taką podłogę pomalowaną na bordowo i wiem, że zupełnie nie mogłam tego zrozumieć. Z czasem między deskami podłogi powstały szpary całkiem sporej szerokości, w domu mówiło się, że poszukiwana rzecz pewnie jest w podłodze. Kuchnia była bardzo wygodna, miała duże okno a pod nim skarb – czyli sporą spiżarnię, bo przecież nie było lodówek. Zlew był mały a głęboki, do poważnego zmywania używało się dodatkowo miednicy. Poza tym dość długo stała kuchnia węglowa, u mnie w domu nigdy nie była używana inaczej niż jako miejsce na garnki, a na niej stała kuchenka gazowa. Do wypieków służyły prodiże okrągłe albo podłużne. Pod sufitem w kuchni było okno do łazienki i całkiem spora antresola, bardzo praktyczna – pamiętam, że poza walizkami mieszkały tam ozdoby na choinkę, które w pewnych momencie odegrały niezwykłą rolę ( w bombkach ukryte były dokumenty mojej Matki z jej super tajnej działalności w BIP-ie Komendy Głównej AK). Nad zlewem w kuchni był piecyk gazowy, traktowany w moim domu jak stos nuklearny na przylądku Canaveral. Mój Ojciec, który nie wiedział co to jest śrubokręt, przypatrywał się płomykowi piecyka z bardzo poważną miną co najmniej dwa razy dziennie. Mnie nie wolno było się do niego zbliżać.
W zimie takiej kontroli podlegały jeszcze ścienne termometry, jakby od tego miało być w domu cieplej, bo zimy były srogie a z kaloryferami bywało różnie, pamiętam, że głównie ciekły i trzeba było pod nie podstawiać garnki odpowiedniej wielkości. Istnym cudem była łazienka, malusieńka, z kibelkiem i krótką a głęboką wanną. Z całą pewnością, gdybym dzisiaj do niej weszła – zostałabym w niej po wsze czasy, a archeolodzy za 100 lat napisaliby pracę naukową o dziwnym obyczaju mieszkańców Elektoralnej. Ponieważ nie było umywalki na wannie, na drewnianym blacie z dziurą umieszczona była miednica. Ów blat był obiektem zdolności plastycznych mojej Matki, bo zawsze był obity piękną cera-tą. Pamiętam też, że stały na nim dwie mydelniczki, ponieważ mój Ojciec przekonany o swoich zdolnościach ekonomicznych uważał, że używanie oddzielnie mydła do twarzy i reszty ciała przynosi kolosalne oszczędności. Mieszkanie miało mały przedpokój, a drzwi do mieszkania były zamykane tylko na noc. Dzwonka do drzwi nie było, bo był to przyrząd zbyt skomplikowany elektrycznie.
Oczywiście nie było pralki a dzień prania był dniem sądnym. Pamiętam ogromny kocioł z gotującą się bielizną na maleńkiej kuchence, ogromną balię z tarą (moja Matka prała na tarze do końca życia twierdząc, że pralki i pralnie tylko niszczą materiały i miała rację), niebieską farbkę, krochmal a potem ręczne wyciąganie bielizny przed prasowaniem.
Prasowanie też trwało chyba cały dzień, bieliznę spryskiwało się wodą nabieraną w usta.
Do mieszkania należała piwnica. W piwnicy była ogromna skrzynia na ziemniaki i te ziemniaki były kupowane chyba na cały rok.
Śmiecie wyrzucało się do śmietnika stojącego od ulicy Zimnej stojącego wtedy trochę wyżej niż ten obecny. Po zmroku do śmietnika już się nie chodziło w obawie przed rozbójnikami, co okazało się słuszne, bo w przeddzień mojej próbnej matury znaleziono w nim poćwiartowane zwłoki płci męskiej (rok 1964). Byłam przekonana, że z powodu tak ważnego wydarzenia zostanę z tej matury zwolniona, niestety na nikim w szkole nie zrobiło to wrażenia.
Moje wspomnienia byłyby zafałszowane, gdybym nie wspomniała o tym, że w tym niewielkim mieszkaniu mieszkała z nami nasza gosposia – Hania, która była absolutną kierowniczką całego gospodarstwa. Moi Rodzice żyli czasami przedwojennymi, nie wyobrażali sobie, że może być inaczej, więc było biednie ale z gosposią.
W moim domu między niektórymi jego mieszkańcami były dość bliskie kontakty nawiązane przez dzieci, które pół dnia spędzały na podwórku. Moja Matka i ja byłyśmy wręcz rodzinnie zaprzyjaźnione z rodziną Łebkowskich (I klatka), do mamy Miki i Piotra mówiłam „Ciociu” i bardzo długo, prawie do jej śmierci, utrzymywałam z Nią kontakt: w jej kuchni piłyśmy znakomitą zawsze kawę i paliłyśmy papierosy gadając o polityce i literaturze. Mika od blisko 40 lat mieszka zagranicą.
Częste kontakty miałam też z Marysią Szczerbakow i Ewą Kucharską (parter), przez jakiś czas byłyśmy w jednej klasie, co było szalenie przydatne w czasie przerabiania chorób wieku dziecięcego.
Po tym wstępie historycznym – wychodzę na podwórko. Zasadnicza część naszego podwórka znajdowała się między domami Elekt. 15 – 17 – 17a – 17b. Wyglądała inaczej niż dzisiaj: mieliśmy wewnętrzny placyk przy Elektoralnej 15 przechodzący w wewnątrzosiedlową uliczkę, drugi miniplacyk do zabaw np. w klasy, piaskownicę i prawdziwy drewniany trzepak, który wtedy stał przed śmietnikiem. Dzisiaj te atrakcje nie istnieją, jest natomiast pięknie utrzymany trawnik.
O podwórko dbał nasz dozorca pan Sawicki i to bardzo starannie, nie pamiętam żeby w zimie był śnieg czy lód na chodnikach. W zimie, bardzo wcześnie rano słychać było jak odkuwał lód metalowym zakończeniem na kiju, albo jak zamiatał miotłą wodę przy krawężnikach uliczki.
Potrafił też i nas zdyscyplinować jak trzeba było, a jednym z najcięższych przewinień było zbicie szyby na klatce schodowej, pamiętam bo mi się to przydarzyło wywijanym workiem z kapciami szkolnymi. Wokół podwórka była masa atrakcyjnych miejsc do zabaw, które traktowaliśmy jako podwórkowe terytorium: „przedszkolne” z górką, w zimie miejsce na sanki na „śledzia” albo na „koguta”, „wojskowe” z urządzeniami gimnastycznymi, komendę garnizonu z ciupą dla żołnierzy i musztrą na Zimnej i hotelem garnizonowym, dosyć dzikie miejsce między Elektoralna 15 a Elektoralną 13, zakończenie ulicy Zimnej do gry w piłkę, a tuż obok w bocznej ścianie Hali Gwardii wulkanizatora, zwanego gulwanizatorem i sklepem z ruszającymi się robakami.
Wszystko to było otoczone morzem gruzów . Te gruzy, a zwłaszcza częściowo dostępne piwnice ze swoimi „skarbami” wspominają wszystkie dorosłe dzieci, które mieszkały wtedy w tej okolicy . O ile na grzebanie w gruzach za Halą Mirowską Rodzice przymykali oczy, to za żadne skarby świata ani mnie ani Mice nie wolno było zbliżać się do gruzów po drugiej ulicy Solnej (dzisiaj teren Atrium). Nasi starzy przekazywali nam mrożące krew w żyłach opowieści o mieszkających w tych gruzach bandytach, którzy – nie do pomyślenia - kradli zegarki (oczywiście nie miałyśmy żadnych zegarków, jako sprzęt ekstra luksusowy posiadałam go w okolicach początku liceum). Sama Elektoralna we wczesnych latach 50-tych byłą żywą ulicą, bo były przy niej sklepy: warzywniak, ciastkarnia, drogeria, BHP, pasmanteria, miejsce repasacji pończoch, sklep z gospodarstwem domowym – no i Dom Kultury z kinem „Anatol”, a na końcu ulicy – dziś niestety nieistniejący Bar Mleczny Mirów.
„Kultowymi” miejscami były: Spółdzielnia na rogu Orlej (z blaszanym blatem) a vis a vis kiosk Ruchu., w którym można było kupić najważniejsze przybory szkolne.
Tuż obok, przy chodniku Elektoralnej 15 pojawił się w pewnym momencie, trudnym do ustalenia, tajemniczy kamień, który leży do dzisiaj. Choć nas to bardzo interesowało nie wiemy dotąd skąd pochodzi. Przesiedziałam na nim godziny licząc samochody i nigdy nie przyszło do głowy, że kiedyś będę przejeżdżała koło nie-go własnym.
Dzieci z podwórka spotkały się potem w szkołach podstawowych TPD 3 i 4, potem drogi się rozeszły, część z nas była uczniami LO XVII im. Frycza Modrzewskiego – zwanej wtedy Pierwszą Szkołą Tysiąclecia. Po nauki mieliśmy blisko, bo wszystkie szkoły były przy Elektoralnej.
Niestety dzisiaj ulica Elektoralna jest beznadziejnie nudna. ( Warszawa, 31 mar-ca 2008 roku)


Od redakcji   Oczekuje na materiały pod adresem: my_z_mirowa@interia.pl


Materiały osób chętnych do napisania będą weryfikowane przed opublikowaniem przez znanych redakcji mieszkańców tej ulicy.