DOM - WETERAN – Maria Bańkowska
fot Romuald Pieńkowski

Widać go z daleka. Sterczy poobgryzana., ciemną ścianą zza białych pałaców Placu Dzierżyńskiego, straszy wyszczerbioną cegłą spomiędzy drzew Saskiego Ogrodu, psuje proporcje szeregu najnowszych wysokościowców Stolicy.
Jak fałszywy dźwięk, jak gafa, jak spróchniały ząb. Dom nie z tej epoki, dom ze złego snu, dom — widmo. A może dom — historia?

Zasłużony brzydal z Żabiej straszy obdrapaną ścianą i psuje proporcje najnowszym wysokościowcom Stolicy.

Historia domu nie jest do odtworzenia. Po ludziach, którzy przeżywali w nim wojnę i warszawskie getto, zostały w wypalonych wnętrzach mieszkań tylko jakieś widelce i „fifka" do papierosów. Wiadomo jeszcze, że przed wojną od frontu były biura bankowe, a dozorca banku zalecał się do panny Stefanii Pruszyńskiej z ulicy Świętokrzyskiej 28. Panna zaloty odrzuciła, ale dom zapamiętała. I od tej pamięci zaczynają się nowożytne dzieje domu na ulicy Żabiej numer 5.
„...Pamiętałam ten dom, więc przyszłam tu, bo co miałam zrobić? Wróciłam do Warszawy aż zza Bochni (tam mnie Niemcy po Powstaniu wywieźli). Trzy dni jechałam towarowym pociągiem, już nie wiem czy to luty był czy marzec 1945 roku? Nie było domu na Świętokrzyskiej, nie było w ogóle Świętokrzyskiej, nie było Warszawy, sam gruz. A ten dom stał wśród pustyni.
Byłam tu pierwsza, ale nie minął miesiąc, jak dom był pełny i trzeba było jakoś zacząć żyć. Na zebraniu lokatorzy zorganizowali Komitet Domowy, a mnie wybrali na dozorczynię..."

Brązowa ze starości, ręcznie pisana karteczka głosi:
Komitet Domowy Żabia 5
Zaświadczenie
Zaświadczamy niniejszym, że ob. Pruszyńska Stefania jest dozorczynią domu nr 5 przy ul. Żabiej i z tego tytułu przysługuje tej ostatniej karta żywnościowa kategorii I.
Z poważaniem Inż. N. Rozenberg Warszawa, 21.IV.1945 r.

W tych niepojętych czasach, żeby w Warszawie żyć, wszystko trzeba było znaleźć, wykopać z gruzów, wydrzeć ruinom, wykombinować. Wśród ruin szukało się łóżek, klamek i ram okiennych, deski na podłogę jedna 2 lokatorek zdobyła za cztery pary pończoch, najbliższy sklep był o trzy (dzisiejsze) tramwajowe przystanki stąd, ale tramwaju przecież nie było. Do studni, która szczęśliwie stała na podwórku, przychodzili ludzie zza gruzów kilkunastu ulic. Po truciznę na szczury co „do domu bezczelnie się pchały zwyczajnie przez drzwi" trzeba było wyprawiać się do apteki aż na Mokotów.
„...Mnie to wcale dziwne nie było takie chodzenie. W 1939 roku chodziłam po mleko dla dziecka kuzynki na wieś do Babic. Codziennie. Niemowlę to było, w skrzynce pod łóżkiem miało pościelone. Jak to w czas wojny. Cud prawdziwy, że się uchowało. A dziś jest magistrem od szermierki i w telewizji go pokazują..."

Pani Stefania, dozorczyni z wyboru, przez cztery lata pracowała bez pensji. Tylko Komitet Domowy składkę robił i te parę groszy płacił. Dopiero w 1949 została oficjalnie i administracyjnie zatwierdzona i wynagrodzona za tamte lata. „...Przez cztery lata to ja się poświęciłam dla tej naszej kochanej Stolicy. Polka jestem, to mnie stać. Dom zawsze czyściutko trzymałam, zebrania z lokatorami robiłam, przemówienia miałam. Ludzie, mówiłam, musicie mieć pojęcie o życiu, tu jest stolica, tu ma być czysto, trzeba dbać o sień, o schody, o słomianki.

A czy to łatwo upilnować taki dom? Front, trzy oficyny, mieszkań więcej jak sto, klatek schodowych pięć. A jeszcze szabrownicy przychodzili...
...Słyszę ja którejś nocy, że coś szura na górze. Idę tą ciemną klatką aż na strych, patrzę, a tu mnie jakieś obce chłopaki dach rozbierają. Więc ja do nich grzecznie, bo zawsze każdemu do rozumu przemówić trzeba: — Panowie! To jest dom. Ludzie mieszkają. Domu nie można psuć. Może i któryś z panów zechce zamieszkać, do łóżka się położy, a tu na głowę woda mu się naleje. Idźcie po dobroci...
Nie bałam się. A czego? Nawet pogrzebacza z sobą nie miałam, pod słowem, z gołymi rękami na tych szabrowników szłam. Swoich się będę bała, jak się Niemców nie bałam? Zaraz opowiem.

W 1944 roku, w lipcu (dwadzieścia cztery lata właśnie mija) pracowałam w barze na Wroniej, w kuchni. Klientów znałam wszystkich i tych chłopców, co z bronią chodzili znałam także. Tego dnia było ich pełno. Obiad właśnie mieliśmy podawać, aż tu nagle Niemcy się ładują. Łapanka.
Patrzę ja, a chłopaki całą broń do kuchni mi wrzucają: — Pani Stefo, pani schowa.
No i co by państwo zrobili?! No?! Wzięłam te pistoleciska. sprawdziłam tylko czy zabezpieczone i ciach do zupy — ciach do kompotu. Ledwo zdążyłam, a już Niemiec w drzwiach stoi. Nein, powiadam ja do niego, nein. tu kuchnia, tu higiena ma być, tu w mundurze nie można, bo mundur pfuj. pfuj, zarazki, choroba. — Gut, gut, on na to powiada, idiota ciężki, i wychodzi.
Pistolety wymyłam i oddałam chłopcom. A za tydzień już mieliśmy Powstanie.
I ja się miałam bać byle chuligana? Ja?


Drzewa Ogrodu Saskiego podchodzą aż pod okna domu na Żabiej 5. W 1948 roku przecięła park podwójna jezdnia wiodąca 2e Śródmieścia na Żoliborz, w 1949 o kilkaset, kroków stąd biegła już opiewana w piosenkach trasa W—Z, był już Muranów, Mirów. Mokotów. Mariensztat i Żerań, a w domu na Żabiej robiło się coraz ciaśniej. Trzysta dzieci bawiło się na podwórku, tłukło szyby, wrzeszczało, skakało po gruzach sąsiedniej pustej posesji, błąkało się po zakamarkach poniemieckiego bunkra.
Pani Stefania wyszła za mąż (nazywa się teraz Tracikowska).
9 sierpnia 1952 roku urodził się syn, Romek. To był ten rok, kiedy 22 lipca był w Warszawie Zlot Młodzieży, a ludzie wprowadzali się do domów Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej.
Pierwsze piętro frontowego skrzydła domu na Żabiej zajmował wtedy hotel robotniczy budowlanych. A kiedy go zlikwidowano, wielodzietne rodziny z mieszkań pękających w szwach szturmem zdobywały opróżniony lokal.
Opowiada pani Janina Swieżewska: „...Mąż mój, lastrykarz, na Starówce wtenczas pracował. Fachowiec od marmurków i wykończeń. Wyczyn robili na 22 lipca, pracowali jak wariaty. Ale w dzień. A nocami budowaliśmy swoje mieszkanie. W świetlicy dawnego hotelu stawialiśmy ścianę, żeby mieć pokój i kuchnię. Cegły to ja wyszukiwałam w gruzach, w worku taszczyłam na górę i wrzucałam do świetlicy przez dziurę w ścianie. 1500 cegieł wniosłam na własnych plecach, niech tak skonam jeśli kłamię.
Sądzili nas potem jako „dzikich lokatorów" i sąd nam przyznał to mieszkanie. My mieliśmy już wtedy troje dzieci. Nie mogliśmy dłużej mieszkać kątem..."

Zmierzch po upalnym dniu. sąsiadki wyniosły z mieszkań krzesła na powietrze, jak każdego wieczora, jak każdego lata. a przecież żyją w tym domu razem lat dwadzieścia trzy. Podwórko domu na Żabiej 5. jeszcze rok temu podwórko-studnia, dziś — wpół rozdarte, otwarło się na cały świat. Osiedle „Za Żelazną Bramą" napiera na stary dom, już dwa skrzydła poszły na rozbiórkę, odsłoniły się jak rany wyloty starych piwnic.

„...Trzecie skrzydło w lipcu zaczną rozbierać ludzie już wyprowadzeni. Ci wyszli na życie, dostali mieszkanie na Bielanach, przy Krakowskiej Szosie, na Krakowskim Przedmieściu, jedni nawet w tym wysokościowcu obok nas. Piętnaście pięter, winda, z balkonu widok na całą Warszawę, w głowie się kręci….”

W rozdarte podwórko wdarło się słońce i powietrze, i widok się otworzył szeroki. Widać Szkołę Tysiąclecia - Liceum im. Frycza Modrzewskiego, zaraz za nim jest Stołeczny Dom Kultury. Widać Halę Mirowską i ten pałac, co go będą obracać wokół osi ze względów urbanistycznych. Widać też ten kamień, na którym napisano, że hitlerowcy rozstrzelali tu 100 Polaków. Pani Stefania wie, że 22 lipca przyjdzie tu na pewno jedna starsza pani i przyniesie kwiaty dla swoich dwóch synów...
- No cóż trzeba będzie nie¬ długo stąd się wynosić do nowego budownictwa. Tu ma być wielki hotel.
- Każdy się cieszy, że z tej rudery wreszcie wyjdzie. A kiedyś nam się zdawało, że tu raj bo dach nad głową.
- Tyle się razem przeżyło. Dzieci dorosły, wnuki się rodzą, lokatorzy podorabiali się, pudle mają i samochody. Książkę można napisać.
- Ja to jak wieczorem wyjdę sobie przed dom i zobaczę ten wysokościowiec zamiast tamtej cholernej oficyny, w której tyle było ludzi, wrzasku, dzieci i znajomych, to czuję jak mi taki dreszcz przechodzi po plecach. I tak mi jest, jakby ktoś umarł. Był dom — nie ma domu...
Jak fałszywy dźwięk, jak gafa, jak spróchniały ząb, tkwi w środku nowoczesnej Warszawy dom ze złego snu, niegdyś jedyny wśród pustyni, dziś jedyny w okolicy stary brzydal. Anachroniczny, nie z tej epoki, dom -weteran.